Recenzja komiksu: Uncanny X-Men #17 – Kino, uprzedzenia i ciężar bycia mutantem

 






Po emocjonalnym i pełnym symboliki numerze #16, Gail Simone wraca w Uncanny X-Men #17 do innego rodzaju tematu – nie tak mrocznego i mitologicznego jak Penumbra, lecz uderzającego w samo serce tego, co X-Men od dekad starają się komentować: reprezentację w kulturze masowej i jej wpływ na życie mutantów. Niestety, pomimo kilku naprawdę błyskotliwych momentów, całość wypada dość nierówno balansując między angażującą opowieścią o młodych bohaterach a zbyt topornym, publicystycznym morałem.

Film, który boli bardziej niż walka z Sentinelem

Punktem wyjścia numeru jest premiera taniego horroru klasy B, w którym mutant zostaje przedstawiony jako krwiożerczy potwór. Z pozoru to banał przecież w uniwersum Marvela mutantów oczerniano w mediach setki razy. A jednak, jak słusznie zauważa Simone, to właśnie kultura masowa i powtarzane narracje kształtują to, jak społeczeństwo patrzy na innych.

Mamy tu ciekawy komentarz: w świecie, gdzie istnieją realne zagrożenia ze strony mutantów (od telepatów mogących przejąć twoją wolę po osoby potrafiące stworzyć wieczne piekło na zawołanie), trudno jednoznacznie potępić strach „normalsów”. I tu tkwi największy paradoks komiks próbuje pokazać, jak szkodliwe są stereotypy, a jednocześnie nieświadomie przyznaje, że przeciętny człowiek ma powody do obaw. To niebezpieczna szarość, z której Simone wychodzi połowicznie.

Outliers wciąż na pierwszym planie

Seria kontynuuje trend eksponowania czwórki młodych mutantów Outliers podczas gdy klasyczni X-Men zjeżdżają na dalszy plan. Jitter, Calico, Deathdream i Hotoru są emocjonalnym sercem numeru. I faktycznie, ich chemia nadal działa – od rozdzierających cytatów w stylu: „I know it’s because she loves us… we’re not ready to say it yet, but we love her too, with all her gorgeous mess” aż po drobne, lżejsze momenty.

Hotoru w szczególności kradnie show – jej interakcje, nawet te najmniejsze, ociekają charyzmą. Nic dziwnego, że fani już zdążyli ochrzcić ją swoim „GOAT-em”. I tak, koty kochają Hotoru scena z futrzakami to mały klejnot wśród ciężkich dyskusji o mediach i tożsamości.

Calico i trudny proces „odklejania się”

Największe kontrowersje budzi Calico, która wciąż walczy z cieniem swojej matki kobiety przesiąkniętej nienawiścią do mutantów. Jej nieumiejętne próby „obrony” Jitter w szkole (scena z przerażeniem niewinnego chłopaka) pokazują, że dekonstrukcja wewnętrznych uprzedzeń to proces długi i bolesny. Tak, jej zachowanie jest toksyczne. Ale zarazem jak słusznie podkreślają fani ilu z nas nie nosi w sobie resztek homofobii czy seksizmu wyniesionych z domu? Calico staje się metaforą tego procesu, a Simone czy świadomie, czy nie pokazuje, że zmiana nie dzieje się w jeden dzień.

Mutina – Candace Owens mutantów?

W tle numeru przewija się Mutina, nowa postać służąca jako przykład medialnej „maskotki” systemu mutantki, która publicznie wypiera własną tożsamość i staje się orężem przeciwko swoim. To postać interesująca, choć ostatecznie potraktowana zbyt powierzchownie. Mutina jest tu raczej symbolem niż pełnokrwistą bohaterką, ale jej obecność otwiera ciekawe pole do dyskusji o tym, jak propaganda znajduje swoich „pożytecznych idiotów”.

Romantyzm – mocny czy krindżowy?

Tu wchodzimy na pole minowe. Simone ma tendencję do pisania romansów w tonie „wszystko albo nic”, co czasem ociera się o kicz. Relacja Calico i Jitter, zamiast rozwijać się organicznie, wydaje się wymuszona a przez to mniej wiarygodna. To bolesne, bo obie bohaterki miały ogromny potencjał solowy. Na szczęście, gdzie indziej (np. subtelne dialogi Becci i Jitter) scenarzystka trafia w dziesiątkę, dostarczając prawdziwie poruszających wyznań.

Rogue i Gambit – rodzina, którą sami wybrali

Duży plus za przypomnienie o wątku Rogue i Gambita. Choć lata temu nie zdecydowali się na dzieci podczas ery Krakoan, teraz Simone podkreśla, że Outliers są ich dziećmi – rodziną z wyboru, która realizuje ich marzenie o bliskości i opiece. To piękne, sentymentalne, ale i ważne przypomnienie, że X-Men zawsze byli metaforą „found family”.

Rysunki – Vecchio trzyma poziom

Luciano Vecchio ponownie pokazuje, że jest właściwym partnerem dla Davida Marqueza. Jego kreska jest czysta, momentami zbyt „gładka”, ale działa świetnie w kontrastach lekkość codziennych scen w szkole kontra dramatyzm bitew. Faktycznie, twarze żeńskich postaci bywają podobne, ale nadrabia dynamiką kadrów i kompozycją. Wizualnie komiks to solidny produkt klasy A.

Podsumowanie

Uncanny X-Men #17 to numer ważny, ale nierówny. Podejmuje temat, który rezonuje jak media kształtują nasze lęki i jak trudno jest uciec przed stereotypami. Są tu sceny naprawdę chwytające za serce (Jitter, Hotoru, Rogue i Gambit), ale też fragmenty toporne i zbyt dydaktyczne. Nie pomaga też fakt, że X-Men wciąż są tłem dla Outliers nowej generacji, która budzi emocje, ale nie zawsze udźwiga ciężar serii.

To komiks, który bardziej docenią czytelnicy utożsamiający się z przesłaniem niż ci, którzy szukają wyłącznie wartkiej akcji. I choć nie wszystko działa tak, jak powinno, Uncanny X-Men #17 pozostaje interesującym, choć frustrującym, elementem większej układanki.

Ocena końcowa: 6/10

Plusy:

+Mocne momenty emocjonalne (Jitter, Hotoru, Rogue & Gambit)

+Realistyczny komentarz o mediach i uprzedzeniach


+Calico jako metafora długiego procesu dekonstrukcji własnych lęków


+Vecchio trzyma równy poziom graficzny, świetna synergia z Marquezem

+Kilka scen „found family”, które naprawdę chwytają za serce

Minusy:

-Toporny, publicystyczny ton („lekcja” bardziej niż historia)

-Klasyczni X-Men wciąż spychani na margines


-Romans Calico/Jitter wypada wymuszony


-Mutina ciekawa, ale potraktowana zbyt powierzchownie

-Nierówny balans między metaforą a logiką świata (mutanci naprawdę bywają groźni – i komiks nie do końca to rozgrywa)