Recenzja komiksu: Amazing Spider-Man #5 – Joe Kelly nie zawodzi
„Amazing Spider-Man” to seria, która od dekad jest jedną z najważniejszych wizytówek Marvela i jednocześnie jedną z najbardziej problematycznych. Ostatnie lata, szczególnie run Zeba Wellsa, były dla wielu fanów rozczarowaniem. Powtarzalne motywy, wątki rozmywane przez redakcyjne decyzje i brak odczuwalnego progresu w życiu Petera sprawiły, że spora część czytelników po prostu straciła zainteresowanie. Dlatego pojawienie się duetu Joe Kelly + Pepe Larraz budziło zarówno nadzieje, jak i obawy. Czy nowy początek okaże się odświeżeniem, czy kolejną zmarnowaną szansą?
Po pięciu numerach mogę powiedzieć: to naprawdę solidny start. Nie idealny, nie przełomowy, ale taki, który znowu przypomina, dlaczego Spider-Man wciąż jest bohaterem, z którym warto spędzać czas.
Dynamiczna akcja i spektakularna oprawa graficzna
Na początek rysunki. Pepe Larraz to absolutny motor napędowy tej historii. Już od pierwszych kadrów mamy wrażenie ciągłego ruchu. Walka z Hobgoblinem w #5 jest esencją tego, co najlepsze w komiksach superbohaterskich: intensywna, czytelna, a jednocześnie pełna energii i detali.
Larraz potrafi nie tylko budować monumentalne splash page’e, ale także oddawać mniejsze, bardziej intymne momenty. Mimika Petera, zmęczone spojrzenia, chwile zawahania wszystko to współgra z narracją Kelly’ego. Kolory Gracii podbijają dynamikę, zwłaszcza w scenach, gdy oczy Hobgoblina rozbłyskują niczym błyskawice. To wizualny spektakl, którego nie powstydziłoby się żadne wydarzenie eventowe Marvela.
Historia – prosta, ale skuteczna
Sam scenariusz w #5 nie jest przesadnie skomplikowany. To numer, w którym dominują starcia i domknięcie wątku głównego złoczyńcy. Hobgoblin, zbudowany w tej historii jako biznesmen i manipulator, zostaje ostatecznie pokonany nie tylko dzięki sile Spider-Mana, ale również pomocy… starego znajomego Petera, Briana.
Ten motyw jest ciekawy, bo w poprzednich częściach mieliśmy flashbacki sugerujące, że Brian był dla młodego Petera toksycznym towarzyszem. Jednak Kelly odwraca ten trop: zamiast kolejnego „złego przyjaciela”, dostajemy postać, która w krytycznym momencie wraca, by wesprzeć bohatera. Co więcej, ich współpraca w walce z Hobgoblinem tworzy paralelę do dawnych scen z młodości – i nadaje całemu starciu emocjonalnego ciężaru.
Nie można też pominąć krótkiej, ale świetnej wymiany zdań Petera z Normanem Osbornem. Kelly pisze Normana tak, jak powinniśmy go znać nie jako wiecznie udręczonego człowieka walczącego z poczuciem winy, ale jako drapieżnika, który planuje „zmiażdżyć” rywali. To subtelny, ale obiecujący sygnał, że Green Goblin może wrócić w pełnej, klasycznej formie.
Peter Parker prywatnie – serce opowieści
Najważniejszy element numeru, i całego tego pierwszego arcu, to jednak nie akcja, a relacje Petera z bliskimi. Scena obiadu u cioci May to idealne podsumowanie tego, co Kelly chciał osiągnąć: pokazać Spider-Mana nie tylko jako bohatera bijącego złoczyńców, ale przede wszystkim jako człowieka zmagającego się z winą, lękiem przed odrzuceniem i potrzebą bliskości.
Moment, w którym Peter nazywa May swoją matką, działa niezwykle mocno emocjonalnie. W komiksach widzieliśmy to rzadko, a przecież dla Petera to ona była zawsze rodzicem w pełnym znaczeniu tego słowa. Kelly idealnie uchwycił tę prawdę i w prosty, ale szczery sposób przypomniał, dlaczego Spider-Man to postać tak ponadczasowa bo pod maską zawsze stoi ktoś, kto walczy o rodzinę i więzi, które go definiują.
Styl Kelly’ego – humor i dramat w dobrych proporcjach
Trzeba też podkreślić, że Joe Kelly znalazł balans pomiędzy humorem a dramatem. Spider-Man znów bywa zabawny i to w sposób naturalny, nie wymuszony. Gagi wynikają z jego charakteru, a nie z potrzeby „rozładowania napięcia”. Jednocześnie flashbacki do młodości, poczucie winy i emocjonalne rozmowy sprawiają, że całość ma odpowiednią wagę.
Czy to powrót do formy?
„Amazing Spider-Man #5” nie jest komiksem, który zmieni historię Marvela. Ale jest czymś, czego ta seria potrzebowała solidnym, emocjonalnym i dynamicznym początkiem nowego rozdziału. Joe Kelly udowodnił, że potrafi pisać Petera jako bohatera z krwi i kości, a Larraz że wizualnie ASM może wyglądać jak blockbuster najwyższej klasy.
Czy seria utrzyma ten poziom? Trudno powiedzieć. Historia była dość zamknięta i nieco „bezpieczna”, co budzi obawy, że przy większych fabułach Marvel znów może zdusić pomysły twórców. Ale po latach męczarni z ASM czytam ten tytuł z autentyczną przyjemnością i to już jest spory sukces.
Moja Ocena: 8/10
Plusy:
+Spektakularna oprawa graficzna Pepe Larraza i kolorystyka Gracii+Dynamiczna, czytelna akcja – walka z Hobgoblinem to wizualny majstersztyk
+Udało się połączyć humor i dramat w charakterystycznym stylu Spider-Mana
+Relacja Petera z ciocią May – scena obiadu to prawdziwe złoto emocjonalne
+Ciekawie poprowadzona postać Normana Osborna – bez sztucznej skruchy
+Flashbacki nadają historii osobistej głębi
Minusy:
-Sama intryga Hobgoblina momentami zbyt prosta i przewidywalna-Brak poczucia większej skali – historia wciąż bardzo „zamknięta”
-Ryzyko, że w kolejnych numerach Marvel znowu zdusi rozwój bohatera


