Recenzja Komiksu: Amazing Spider-Man #7 – widowisko bez duszy

 



Po dość chaotycznym, ale interesującym szóstym zeszycie nowego runu Joe Kelly, przyszedł czas na kontynuację w postaci Amazing Spider-Man #7. Numer ten w dużej mierze skupia się na walce Spider-Mana z nowym przeciwnikiem – Hellgate’em – i można śmiało powiedzieć, że jest to zeszyt zdominowany przez akcję. Ale czy sama akcja wystarczy, aby utrzymać uwagę czytelnika i zbudować emocje, których tak często brakowało w ostatnich latach w głównej serii ASM?

Niestety odpowiedź nie jest jednoznaczna. Z jednej strony komiks oferuje widowiskową bitwę, pełną dynamiki i pomysłowości, a John Romita Jr. udowadnia, że wciąż potrafi komponować efektowne sekwencje walki. Z drugiej jednak wrażenie déjà vu, płaskość fabuły i brak prawdziwego napięcia sprawiają, że zeszyt szybko wypada z pamięci.

Spider-Man wreszcie używa głowy

Jednym z największych zarzutów wobec wcześniejszego runu Zeba Wellsa była nijakość scen walki. Potyczki, które powinny budzić emocje, sprowadzały się do szybkiej wymiany ciosów, bez miejsca na refleksję, emocje czy taktykę. Kelly w tym numerze wyraźnie stara się poprawić ten aspekt i trzeba mu to oddać: Spider-Man wreszcie walczy jak Spider-Man.

Podczas starcia z Hellgate’em widzimy Petera, który nie tylko uderza przeciwnika, ale też próbuje różnych metod, używa gadżetów, analizuje otoczenie i wykorzystuje środowisko do swoich celów. Pomysł z kablami chłodzonymi ciekłym azotem w Central Parku to przykład tej pomysłowości nawet jeśli ostatecznie nie przynosi trwałego efektu. Dzięki temu cała walka ma więcej dramaturgii, a czytelnik zyskuje wgląd w proces myślowy bohatera. To powiew świeżości, którego naprawdę brakowało.

Hellgate – nowy Morlun czy kolejny jednorazowy przeciwnik?

Sam Hellgate to postać, która budzi mieszane uczucia. Kelly i Romita Jr. traktują go bardziej jak siłę natury niż pełnoprawnego bohatera podobnie jak Morlun przy swoim debiucie. Problem w tym, że tam, gdzie Morlun wzbudzał autentyczny lęk i respekt, Hellgate wydaje się... wtórny.

Jego akcent i sposób wysławiania się balansują na granicy pastiszu, a sama motywacja ogranicza się do pragnienia „prawdziwej walki”. To interesujący pomysł na chwilę, ale nie wystarczy, by zbudować postać, która zostanie z czytelnikami na dłużej. W efekcie Hellgate jawi się jako typowy „villain-of-the-month” efektowny, ale pozbawiony głębi.

JRJR – legenda wciąż potrafi, ale...

John Romita Jr. powraca tutaj w swoim żywiole, walka, ruch, chaos. Trzeba mu oddać, że sekwencje walki są czytelne, dynamiczne i dobrze zakomponowane. Romita to mistrz w kreowaniu akcji, która prowadzi oko czytelnika przez stronę w naturalny sposób, bez nadmiernego zagęszczania kadrów.

Ale jednocześnie trudno nie zauważyć, że kreska JRJR-a nie ma już tej ostrości i energii, którą prezentował w czasach „Coming Home” J. Michaela Straczynskiego. Plansze momentami sprawiają wrażenie surowych i niedopracowanych, a kilka paneli pod koniec zeszytu wręcz traci przejrzystość. To wciąż solidna praca, ale zbyt często przywołuje pytanie: „czy to naprawdę ten sam artysta, który kiedyś zdefiniował wygląd Spider-Mana dla całej generacji czytelników?”.

Scenariusz – pomysłowość miesza się z banałem

Kelly świetnie prowadzi wewnętrzny monolog Petera to bez wątpienia najmocniejszy element całego runu. Dzięki temu walka z Hellgate’em nie jest tylko pokazem siły, ale również okazją do zrozumienia, co myśli i czuje Spider-Man. Niestety humor, który Kelly próbuje wpleść w dialogi, bywa nierówny. Kilka żartów trafia w punkt, ale inne jak słynny „evil fart-barbarian” wypadają sztucznie i burzą klimat.

Dodatkowe wątki poboczne, jak krótkie sceny z J. Jonah Jamesonem czy Black Cat, są niestety jedynie kosmetycznym dodatkiem. Felicia w roli „uzbrojonej partnerki” wypada wręcz nie na miejscu, a cameo Jamesona nie wnosi niczego istotnego. To kolejne potwierdzenie problemu, który ASM ma od lat: obsada drugoplanowa istnieje, ale rzadko jest sensownie wykorzystywana.

Struktura i rytm opowieści

Zeszyt w zasadzie jest jedną, długą walką i to zarówno jego siła, jak i wada. Z jednej strony tempo jest wartkie, akcja efektowna i wciągająca. Z drugiej czytelnik szybko zauważa brak równowagi. Po kilku stronach spektakularnych pojedynków trudno znaleźć miejsce na oddech, a fabuła traci głębię. W efekcie Amazing Spider-Man #7 staje się przyjemną, ale płytką lekturą, która nie zostawia po sobie większego śladu.

Podsumowanie

Amazing Spider-Man #7 to zeszyt, który ma w sobie przebłyski naprawdę dobrej historii sprytnego, pomysłowego Spider-Mana, dynamiczne sceny walki, kilka udanych dialogów. Niestety te atuty giną pod ciężarem schematycznego scenariusza, płaskiego nowego przeciwnika i nierównej warstwy artystycznej.

To komiks, który dobrze się czyta w trakcie, ale trudno będzie go zapamiętać na dłużej. Podobnie jak cały dotychczasowy run Kelly’ego balansuje pomiędzy obietnicą czegoś świeżego a powtarzalnością dawnych błędów. Jeśli kolejne zeszyty nie wyjdą poza ten schemat, Hellgate i cała jego saga mogą szybko wylądować w kategorii „zapomnianych eksperymentów Marvela”.

Moja Ocena: 6/10

Plusy:

+Spider-Man walczący sprytem, nie tylko siłą

+Pomysłowe użycie środowiska (scena z ciekłym azotem)

+Kilka naprawdę udanych splash page’y JRJR-a

+Wejście do akcji od pierwszej strony, brak dłużyzn

Minusy:

-Hellgate jako przeciwnik wypada wtórnie i bez charakteru

-Humor bywa wymuszony i psuje klimat

-Obsada drugoplanowa zepchnięta na margines

-Momentami niedopracowana kreska JRJR-a

-Brak prawdziwego napięcia – wszystko zbyt przewidywalne