Recenzja Komiksu: Batman #161 – „Hush 2” i sztuka robienia wszystkiego źle
Bywa, że komiks potrafi zaskoczyć, nawet jeśli jest częścią wieloletniej serii wprowadza świeże pomysły, ciekawie prowadzi postacie, potrafi odwrócić oczekiwania czytelnika. Batman #161 niestety nie jest takim przypadkiem. To raczej podręcznikowy przykład tego, jak w kilka numerów można rozmontować spójność postaci budowaną przez lata, a przy tym wciągnąć Bat-rodzinę w fabułę, która nie ma ani sensu, ani celu.
„Hush 2” powinno być intrygującym rozwinięciem klasycznej historii. Tymczasem jest to z całym szacunkiem „Hush 2: Mischaracterization Boogaloo”, w którym bohaterowie zachowują się jak karykatury samych siebie, a scenariusz zdaje się istnieć tylko po to, by Batman mógł się po raz kolejny pobić z własnymi sojusznikami.
Historia — chaos, sprzeczności i brak logiki
Numer otwiera się tam, gdzie skończył poprzedni: Hush trzyma ostrze przy gardle Damiana, Joker mierzy do Nightwinga i Red Hooda, a… Bane walczy ramię w ramię z Robinem przeciwko Hushowi. Już w tym momencie fabuła traci wiarygodność Damian i Bane w jednym zespole to coś, co po prostu nie ma sensu w świetle ich historii.
Robin używa taktyki inspirowanej Year One Batmana, przywołując mechaniczne „robot-robiny” pomysł, który magicznie dostarczyła mu matka. Hush ucieka helikopterem, Batman rzuca się za nim, spada, i zostaje uratowany… przez Damiana. Potem dowiadujemy się, że to Damian wyciągnął Bane’a z więzienia, bo „jest mu coś winny”. Zero wyjaśnień, zero konsekwencji Bruce po prostu nokautuje Bane’a i wysyła go z powrotem do Blackgate.
W tym samym czasie Joker próbuje zastrzelić Nightwinga i Red Hooda. Dick ratuje Jasona, obaj lądują w wodzie, po czym Jason… znika z akcji.
Batman, śledząc trop, trafia na makietę Gotham z papierowymi figurkami Bat-rodziny, którą Hush trzyma w swojej kryjówce. Następnie obserwuje rozmowę Barbary z jej ojcem w szpitalu. I tu zaczyna się jedna z najbardziej nielogicznych sekwencji numeru: Barbara, odziana w kostium Batgirl, decyduje się walczyć z Batmanem, bo ten uratował życie Jokera. W arsenale ma nowe gadżety — m.in.… niewidzialność. Po wymianie ciosów (tak, Bruce uderza ją w twarz), pojawia się fragment Bat-rodziny: Huntress, Nightwing, Damian, Catwoman i z jakiegoś powodu Riddler. Cassandra Cain? Nie ma.
Postacie — obce twarze w znajomych kostiumach
Największym problemem Batman #161 jest kompletne wypaczenie charakterów. Nikt nie zachowuje się tak, jak powinien.
Damian ryzykuje życie wszystkich, uwalniając Bane’a.Barbara porzuca rozsądek, atakuje Bruce’a w sytuacji bezsensownej i groźnej dla jej ojca.
Selina i Riddler pojawiają się w drużynie z nielogicznych powodów.
Batman mówi o swojej rodzinie jak o „słabości”, którą Hush może wykorzystać kompletnie zapominając o dekadach historii, gdzie Bat-rodzina była jego siłą.
Jedynym bohaterem, który zachowuje się spójnie, jest Jim Gordon. Tylko on potrafi racjonalnie wyjaśnić decyzję Batmana, bazując na ich wieloletniej relacji. Reszta? To zlepek cech i nastrojów potrzebnych wyłącznie do popchnięcia akcji w kolejną, równie absurdalną bójkę.
Narracja — czwarte starcie, zero postępu
To już czwarty numer w sześcioczęściowej historii, a wciąż ma się wrażenie, że oglądamy dopiero wstęp do większego wątku. Riddler, Catwoman i Huntress praktycznie nic nie robią. Hush nie ma żadnego wyraźnego planu, poza mglistymi zapowiedziami „czegoś większego”. Całość czyta się jak niekończący się wstęp męczący, pozbawiony tempa i celu.
W dodatku Batman co chwilę zatrzymuje akcję, by przypominać czytelnikowi biografie postaci jakbyśmy nie wiedzieli, kim jest Barbara, Jason czy Jim, albo jakie relacje mają z Jokerem. W efekcie dialogi brzmią sztucznie, a fabuła traci płynność.
Rysunki czyli jedyne, co ratuje ten numer od totalnej porażki
Jim Lee nadal potrafi zachwycić jego kreska jest dynamiczna, a projekt nowego kostiumu Batmana z żółtym symbolem na czarno-szarej bazie faktycznie robi wrażenie. Widać jednak, że styl Lee, choć efektowny, ma już swoje lata kompozycje są nieco przewidywalne, ale nadal trzymają wysoki poziom.
To właśnie oprawa graficzna ratuje Batman #161 przed oceną 1/10. Bez talentu Lee ten numer byłby trudny do przebrnięcia nawet dla najbardziej zagorzałych fanów.
Podsumowanie
Batman #161 to fabularna katastrofa ubrana w świetną oprawę graficzną. Decyzje scenariuszowe wydają się być podejmowane wyłącznie po to, by wywołać szok lub sprowokować konflikt, niezależnie od logiki czy historii postaci. Zamiast napięcia i intrygi otrzymujemy absurdalne sojusze, nielogiczne motywacje i kolejne powtórzenie schematu „Batman kontra Bat-rodzina”.
To jeden z najsłabszych numerów serii od lat być może nawet dekad. Jeżeli w finałowych dwóch częściach „Hush 2” ma nastąpić spektakularne odkupienie, scenarzysta będzie musiał dokonać cudów. Na razie ta historia jest dowodem na to, że nie wystarczy zebrać ulubionych bohaterów w jednym miejscu, by stworzyć dobrą opowieść.
Plusy:
+Świetna, dynamiczna kreska Jima Lee+Udany projekt kostiumu Batmana (żółty symbol na czerni i szarości)
+Jim Gordon jako jedyna postać napisaną konsekwentnie
Minusy:
-Kompletny brak logiki w motywacjach postaci-Nielogiczne sojusze (Damian i Bane, Selina i Riddler w „anty-Batmanowej” drużynie)
-Powtarzanie w kółko schematu „Batman kontra Bat-rodzina”
-Brak postępu w fabule mimo czwartego numeru z sześciu
-Przesadne tłumaczenie historii bohaterów w dialogach
-Rozbicie charakterów na karykaturalne cechy
-Niespójny ton i brak jasnego planu Husha
Moja Ocena 3/10


