Recenzja komiksu: Amazing Spider-Man #4 – Pajęcza dusza w odcinkach
Nieczęsto się zdarza, by czwarty zeszyt serii był tym, który naprawdę zatrzymuje cię w miejscu i każe zadać pytanie: “Czy to jest ten moment, w którym znowu zakochuję się w Spider-Manie?” Odpowiedź po lekturze Amazing Spider-Man #4 brzmi: „Prawie.” To numer pełen serca, chaosu, walki, wspomnień, halucynacji, nostalgii… i kilku dość dziwnych decyzji narracyjnych. Ale mimo wszystko działa.
Zaczynamy klasycznie, czyli Peter Parker kontra życie
Komiks otwiera się dokładnie tam, gdzie skończył się poprzedni Peter znowu próbuje uratować swój dzień, swoje życie i swoje miasto. Czyli, klasyka. Ale to, co wyróżnia ten zeszyt od wielu poprzednich, to głęboko emocjonalny ton i sposób, w jaki Joe Kelly prowadzi narrację między akcją a retrospekcjami.
Kelly wie, co robi. Pokazuje nam, jak Peter zmaga się z przeszłością, teraźniejszością i absurdalną ilością kłopotów. Jednocześnie czuć tu szczerość i chęć opowiedzenia historii, która coś znaczy nie tylko efektownych bijatyk z superłotrami. No i nareszcie ktoś odważył się dotknąć tematu alkoholu w życiu Petera. Scena, w której poznajemy jego pierwsze doświadczenie z piciem, jest idealnie zsynchronizowana z obecną walką i robi naprawdę mocne wrażenie.
Pepe Larraz = czyste złoto
Wizualnie? Ten zeszyt to festiwal dynamiki i ekspresji. Pepe Larraz pokazuje, dlaczego należy do absolutnej czołówki komiksowych artystów. Każdy ruch, każda poza, każde zaciśnięcie pięści czy błysk w oku wszystko żyje. Sceny walki są gęste, chaotyczne, ale nigdy nie tracimy orientacji.
Szczególnie warto wyróżnić walkę z Itsy Bitsy, która choć nadal jest przeciętną postacią tutaj wypada znacznie lepiej. Wszystko za sprawą tego, że Kelly i Larraz zrobili z niej lustro dla Petera: obsesyjnie zapatrzona w Spideya, traci grunt pod nogami właśnie wtedy, gdy Peter w halucynacyjnym transie mówi „kocham cię”, myśląc, że rozmawia z ciocią May. To nie tylko sprytny twist, to emocjonalny cios, który działa na obu frontach fabularnym i osobistym.
Halucynacje, wspomnienia i trauma
Gas, którym Peter został zatruty, to nie tylko wygodne narzędzie fabularne. To okno do jego psychiki. Przeplatające się wizje przeszłości (młody Peter, pierwsze picie, trauma po stracie bliskich) i teraźniejszości dają nam wgląd w to, co naprawdę dręczy Spider-Mana. Widać tu wpływy Ditko i klasycznych wartości Petera, ale przefiltrowane przez coś świeżego i bardzo współczesnego. Kelly stawia pytania, ale nie moralizuje pokazuje bohatera, który wciąż się uczy, mimo że nosi maskę od lat.
Wielki plus za odniesienie do One More Day — tak, nie zmienia to niczego fundamentalnego, ale uznanie straty Mary Jane jako realnego bólu Petera to mały krok w dobrą stronę.
Aunt May ratuje ten numer (dosłownie)
W scenie, która autentycznie wyciska łzy, ciocia May mówi do Petera coś, co podsumowuje całą jego historię: że bać się kochać oznacza skazać się na samotność. To czyste złoto. Takich momentów brakowało Spider-Manowi od lat. May nie jest tu tylko "starszą panią z mądrościami" to emocjonalna kotwica tej serii.
Hobgoblin kradnie show, ale Itsy Bitsy się nie poddaje
Hobgoblin w tej serii wygląda... cholernie groźnie. Design? Fenomenalny. Armor? Zajefajny. Obecność? Dominująca. Choć pojawia się mniej niż Itsy Bitsy, jego aura czyni z niego realne zagrożenie i wszystko wskazuje na to, że w kolejnym zeszycie dostaniemy finałową konfrontację z Rand Corp i rzeź, jakiej się nie spodziewamy.
Co do Itsy Bitsy… jej postać nadal budzi mieszane uczucia. Z jednej strony mamy pseudo-psychologiczną obsesję na punkcie Spideya, z drugiej scenariusz faktycznie wykorzystuje ją jako symbol destrukcyjnego fanatyzmu. Czy to działa? Czasem. Ale brakuje jej głębi, której nie nadrobi żadne uderzenie czy skok.
Czy nostalgia wystarczy?
Największym ryzykiem tego zeszytu jest to, że opiera się na nostalgii i introspekcji, a nie na faktycznym rozwoju fabuły. Owszem, walka, emocje i zwroty akcji są świetne, ale mimo wszystko czujesz, że to dopiero rozbieg. Niektóre flashbacki wydają się trochę przeciągnięte, a postać nieznanego wcześniej "zbuntowanego kumpla z przeszłości" wypada raczej dziwnie i niepotrzebnie trochę jakby był stworzony na siłę.
Werdykt: pajęczo-ludzkie rozdarcie
"Amazing Spider-Man #4" to zeszyt pełen sprzeczności świetny wizualnie, emocjonalny, dobrze napisany, ale miejscami nierówny. Jako element większej całości działa świetnie. Ale jako pojedynczy numer? Widać, że to środkowy akt historii, który jeszcze nie rozwiązuje niczego, a jedynie przygotowuje nas na finał. Niemniej jeśli tęskniliście za Spider-Manem z duszą, z problemami i z sercem na dłoni, to jesteście we właściwym miejscu.
Plusy:
+ Genialna oprawa graficzna (Pepe Larraz robi cuda z dynamiką walki)
+ Głębia emocjonalna – flashbacki i sceny z ciocią May to czyste złoto
+ Zaskakująco dobre wykorzystanie Itsy Bitsy jako lustrzanego odbicia Petera
+ Świetna interpretacja Hobgoblina – design i aura zagrożenia na najwyższym poziomie
+ Autentyczne nawiązania do przeszłości Petera (alkohol, MJ, trauma)
Minusy:
– Czasem zbyt wiele flashbacków – momentami męczące i rozwleczone
– Postać Itsy Bitsy nadal nie do końca przekonuje
– Fabuła nadal się rozkręca – brak dużych rozstrzygnięć
– Pojawienie się tajemniczego przyjaciela z przeszłości wydaje się sztuczne
– Od czasu do czasu tempo narracji siada
Ocena końcowa: 7/10
Nie idealny, ale naprawdę "amazing". Jeśli to dopiero rozbieg, to mamy na co czekać. Jeśli jednak to szczyt tej serii… cóż, miejmy nadzieję, że Joe Kelly nie spuści z tonu. Póki co Spider-Man znowu ma coś do powiedzenia.


