Recenzja filmu Fantastyczna 4: Pierwsze kroki – Solidny, ale nie rewolucyjny powrót Marvela

 

Fantastyczna 4: Pierwsze kroki to film, który wywołał sporo szumu – niektórzy ogłaszali go „najlepszym projektem Marvela od lat”, inni ostrzegali przed przereklamowaniem. Gdzie leży prawda? Gdzieś pośrodku. To dobra, stylowa produkcja, która bawi i wzrusza, ale nie uniknęła kilku potknięć.

Retro-futurystyczny styl i wizualny rozmach

Największą siłą filmu jest jego estetyka. Reżyser Matt Shakman (znany z WandaVision) postawił na retro-futurystyczną wizję lat 60., pełną kolorowych technologii rodem z Jetsonów, kosmicznych dekoracji i mody, która wygląda, jakby projektował ją sam Stan Lee. To świeże podejście w MCU, gdzie większość filmów tonie w szaro-burej CGI-owej papce. Efekty specjalne są na wysokim poziomie, szczególnie w scenach z Galactusem, który – w przeciwieństwie do swojej „chmurkowatej” wersji z 2005 roku – tym razem wygląda jak prawdziwa kosmiczna apokalipsa.

Historia: prosto, ale z sercem

Nie jest to kolejna nużąca opowieść o zdobywaniu mocy – Pierwsze kroki pokazuje już doświadczoną drużynę, która od lat działa jako zespół. To świetny zabieg, bo unikamy powtarzania schematu. Fabuła skupia się na rodzinnych relacjach i nadciągającej zagładzie Ziemi, a w tle… ciąża Sue Storm. Tak, to jeden z ciekawszych wątków – Vanessa Kirby jako Sue błyszczy, łącząc siłę superbohaterki z emocjami przyszłej matki. Sceny, w której walczy z Galactusem, będąc w zaawansowanej ciąży, są absurdalne, ale też niesamowicie satysfakcjonujące.

Niestety, nie wszystko działa idealnie. Silver Surfer (a właściwie Shalla-Bal w tej wersji) to postać z ogromnym potencjałem, ale jej wątek jest potraktowany po macoszemu. Kilka ładnych ujęć, trochę melancholii i romans z Johnnym – ale brakuje głębszego rozwoju. Podobnie z finałem: Galactus, który przez większość filmu budzi grozę, w decydującej chwili zostaje… po prostu wypchnięty przez Sue do teleportu. Zero epickiej walki, zero spektakularnego finału – po prostu zniknięcie. Szkoda.

Postacie: rodzinna chemia i kilka niedoróbek

Członkowie drużyny są dobrze dobrani, ale nie wszyscy dostają równe szanse:

    Sue Storm (Vanessa Kirby) – absolutna królowa filmu. Mądra, silna, pełna determinacji. Jej relacja z Reedem to serce opowieści.

    Reed Richards (Pedro Pascal)
 – Pascal gra go dobrze, choć czasem brakuje mu „nerdowskiej” nieporadności znanej z komiksów. Mimo to jego wersja Reeda ma urok.

    Ben Grimm / Thing (Ebon Moss-Bachrach)
 – najbardziej sympatyczny z całej czwórki, z wyraźnym poczuciem humoru. Szkoda, że jego backstory jest ledwo zarysowany.

    Johnny Storm / Human Torch (Joseph Quinn)
 – zaskakująco znośny jak na postać znaną z irytujących tekstów. Jego chemia z Shalla-Bal to miły dodatek.

Największym problemem jest jednak… Franklin, dziecko Sue i Reeda. Maluch, który od urodzenia ma moc przywracania ludzi do życia i manipulowania rzeczywistością, to żywy Deus Ex Machina. To ryzykowne posunięcie – jak w przyszłych filmach mają powstać jakiekolwiek stawki, skoro drużyna ma w kieszeni małego wszechmogącego bohatera?

Humor, emocje i… brak prawdziwie wielkich momentów

Film ma sporo uroku – sceny rodzinne są ciepłe, dialogi zabawne (bez przesadnego marvelowskiego klamstwa), a emocje dotyczące rodzicielstwa naprawdę trafiają. Niestety, brakuje tu tych monumentalnych scen, które zapadają w pamięć. Akcja jest dobra, ale nie oszałamiająca, a finał – jak już wspomniałem – rozczarowuje.

Podsumowanie: Dobry, ale nie perfekcyjny

Fantastyczna 4: Pierwsze kroki to solidny, stylowy film, który przywraca wiarę w to, że Marvel potrafi jeszcze tworzyć kino z charakterem. Nie jest to jednak arcydzieło – niektóre wątki są niedopracowane, finał zbyt łagodny, a obecność Franklina rodzi pytania o przyszłość. Mimo to warto go zobaczyć: dla świetnej Kirby, klimatycznej retro-aury i rodzinnej chemii. 7/10 – bo to dobra rozrywka, ale nie rewolucja.

Dla kogo? Dla fanów komiksów, którzy czekali na godną ekranizację, oraz dla tych, którzy mają dość marvelowskiej formuły. Jeśli nie dasz się złapać na hype, wyjdziesz z kina z uśmiechem.