Recenzja Komiksu: The Amazing Spider-Man #16 – Norman Osborn w masce nadziei. Czy Pająk w końcu wraca na właściwe tory?

 



Po dość dyskusyjnym i – umówmy się – nieco nużącym „kosmicznym arcu”, Joe Kelly zabiera nas z powrotem na Ziemię. I choć niektórzy mogą nazwać The Amazing Spider-Man #16 typowym „zapychaczem” (fillerem), to w rzeczywistości otrzymaliśmy jeden z najciekawszych wglądów w psychikę postaci drugoplanowych, jakie widzieliśmy w tej serii od czasów runu Nicka Spencera. To numer, który celebruje bogatą historię Spider-Mana, jednocześnie próbując wygrzebać się z marazmu nowoczesnych standardów Marvela.

Norman Osborn: „Co zrobiłby Peter?”

Najmocniejszym punktem tego zeszytu jest bez wątpienia Norman Osborn. Kelly kontynuuje głęboką analizę jego psychiki, zadając fundamentalne pytanie: czy człowiek z tak mroczną przeszłością może kiedykolwiek naprawdę odkupić swoje winy? Norman, działający jako zastępczy Spider-Man, zmaga się z syndromem oszusta. Jego monologi wewnętrzne są uderzające – przyznaje sam przed sobą, że ludzie potrzebują Spider-Mana, bo on jest symbolem nadziei. Nikt nigdy nie powiedział z ulgą: „Dzięki Bogu, że Norman Osborn tu jest”.

Obserwowanie, jak Norman próbuje naśladować moralny kompas Petera (słynne WWPD – What Would Peter Do?), jest fascynujące. Kelly świetnie oddaje walkę Normana z wewnętrzną agresją. W starciu z Tombstone’em i nowym, nieco dziwacznie nazwanym złoczyńcą Plague RX, widzimy moment, w którym Osborn niemal traci kontrolę. Chce łamać kości, chce czuć triumf, ale w ostatniej chwili hamuje się, pamiętając o dziedzictwie, które próbuje chronić. To „pajęcza” odpowiedzialność niesiona przez człowieka, w którego głowie wciąż słychać echa śmiechu Goblina.

Rodzina i cienie przeszłości

Podczas gdy Peter przebywa w kosmosie, na Ziemi życie toczy się dalej. Kelly daje nam świetną scenę z udziałem cioci May i J. Jonaha Jamesona. To przypomnienie, że May zna Petera lepiej niż ktokolwiek inny. Jej monolog o tym, że akceptuje sekrety siostrzeńca, bo wie, że wynikają one z chęci ochrony bliskich, jest wzruszający. Kelly podkreśla rolę May jako matki – nie tylko biologicznej, ale emocjonalnej.

Z drugiej strony mamy Bena Reilly’ego, który pod nieobecność Petera bryluje w jego pracy naukowej. Tutaj również wybrzmiewa temat syndromu oszusta i zazdrości. Ben czuje frustrację, że sukcesy, na które pracuje, zostaną przypisane Peterowi. To budowanie napięcia pod przyszłe wątki z Chasm jest obiecujące, o ile Marvel w końcu zdecyduje się na realne uleczenie tej postaci, zamiast trzymać ją w wiecznym cyklu bycia „tym złym klonem”.

Powrót legendy: JRJR przy desce kreślarskiej

Wizualnie numer ten to prawdziwa uczta dla fanów klasyki – powraca John Romita Jr. Jego styl jest nie do podrobienia: dynamiczne sceny akcji, brutalność starć i ten specyficzny, kanciasty sznyt. Panel będący hołdem dla Amazing Fantasy #15 wywołuje szeroki uśmiech na twarzy każdego fana, który przeczytał w życiu więcej niż trzy komiksy o Pająku. Mimo że niektórzy narzekają na nowoczesną kreskę JRJR, tutaj pasuje ona idealnie do ciężkiego, psychologicznego tonu opowieści o Osbornie.

Plague RX i inspiracje Shonenem

Warto wspomnieć o nowym antagoniście. Plague RX ma, delikatnie mówiąc, dość głupkowatą nazwę, ale jego moc jest niezwykle ciekawa. Zdolność przejmowania bólu i obrażeń od jednej osoby i zadawania ich innej (co fanom mangi może przypominać moce Kumy z One Piece) wprowadza świeży element taktyczny do walki. Jeśli Joe Kelly faktycznie inspiruje się strukturą Shonena, to widać to właśnie w takich unikalnych zestawach umiejętności złoczyńców.

Gdzie leży problem?

Mimo wielu zalet, komiks nie jest wolny od wad typowych dla obecnej ery ASM. Największym problemem jest poczucie, że status quo jest „zamrożone”. Widząc Bena i Janine w dawnym łóżku Petera, trudno nie myśleć o tym, jak bardzo Marvel stara się cofnąć czas. Ciocia May jest wspaniała, ale jej postać wydaje się nieco uwsteczniona w porównaniu do runu JMS-a, gdzie wiedziała o sekrecie Petera i rozmawiała z nim jak z dorosłym.

Dodatkowo, Kelly wciąż ma irytujący nawyk używania nowoczesnego slangu w sposób nienaturalny. Kiedy ciocia May używa słowa „mansplain”, czytelnik czuje się jak we wspomnianym w sieciowym folklorze memie ze Steve’em Buscemim („How do you do, fellow kids?”). To drobiazg, ale potrafi wybić z rytmu.

Werdykt

The Amazing Spider-Man #16 to bardzo solidny numer, który udowadnia, że Joe Kelly czuje puls tej serii znacznie lepiej, gdy operuje na ulicach Nowego Jorku niż w odległych galaktykach. To komiks o dziedzictwie, ciężarze maski i o tym, jak Spider-Man definiuje ludzi wokół siebie, nawet gdy go nie ma. Choć niektóre decyzje edytorskie Marvela (jak wieczny powrót do status quo „biednego Petera w kawalerce”) wciąż bolą, ten konkretny zeszyt daje nadzieję na lepsze jutro.

PLUSY:

+Głęboka analiza psychologiczna Normana Osborna: Kelly sprawia, że naprawdę kibicujemy byłemu mordercy.

+Świetna charakteryzacja cioci May:
Silna, mądra i cierpliwa postać, która kradnie każdą scenę.

+Powrót JRJR:
Klasyczny styl, świetna dynamika i genialne nawiązania do historii postaci.

+Ciekawy wątek Bena Reilly’ego:
Potencjał na realny rozwój postaci i wyjście z cienia bycia złoczyńcą.

+Unikalna moc Plague RX:
Mimo słabej nazwy, mechanika walki z tym przeciwnikiem jest świeża.

MINUSY:

-Niezręczne dialogi: Próby bycia „na czasie” (np. mansplaining w ustach May) wypadają sztucznie.

-Stagnacja status quo:
Bolesne przypomnienie, że Marvel boi się pozwolić Peterowi dorosnąć.

-Plague RX:
Nazwa brzmi jak lek na receptę, a nie groźny złoczyńca.

OCENA: 7/10