Recenzja komisku: Uncanny X-Men #18 – Karnawał i kompletny brak kierunku
Uncanny X-Men #18 to numer, który niestety pokazuje, że seria zaczyna tracić impet i wyrazistość. Choć nadal lubię historie X-Men w stylu „slice-of-life” bardziej kameralne, skupione na emocjach i codziennym życiu mutantów w tym przypadku całość wydaje się nieuporządkowana, a niektóre wątki są trudne do przełknięcia.
Karnawał w Nowym Orleanie i „Friendship Festival”
Największym problemem numeru jest tło wydarzeń lokalny festiwal przyjaźni, podczas którego X-Men stają się celebrytami w swoim własnym mieście. Scena ma potencjał, by pokazać różne perspektywy bohaterów Wolverine’a, Rogue czy Nightcrawlera którzy byli już publicznymi postaciami w Avengers czy Excaliburze. Niestety, scenarzystka nie wykorzystuje tego potencjału. Zamiast tego widzimy, że wszyscy reagują mniej więcej tak samo jak młodsi bohaterowie, tacy jak Jubilee czy Gambit, którzy nigdy nie doświadczyli takiej sławy. Brakuje różnorodności reakcji, która dodałaby głębi charakterom.
Pomysł „Friendship Day” jest z kolei dość płaski i nieprzekonujący. Biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia utratę obywatelstwa, ogłoszenie siebie nowymi bogami, czarną propagandę wobec chorych i ogólne międzynarodowe incydenty – trudno uwierzyć, że mieszkańcy Nowego Orleanu tak entuzjastycznie przyjęli mutantów. Choć sceny z festiwalu są wizualnie atrakcyjne, w tym tłumy cosplayerów i dmuchane atrakcje, kontekst fabularny wypada nieco absurdalnie.
Mutina – pomysł dobry, ale niewykorzystany
Wątek Mutiny miał początkowo potencjał horrorowo-napięciowy, nadając numerowi klimatu rodem z Nightmare on Elm Street. Niestety, nie został rozwinięty. Karnawał mógł być miejscem, w którym bohaterka doświadczałaby koszmarów i konfrontacji z Mutiną, ale pomysł został porzucony. To jeden z tych fragmentów „aww, jak miło” w serii, który sam w sobie nie jest zły, ale w nadmiarze staje się nużący.
Małe momenty Kurt’a
Jedynym fragmentem, który naprawdę trzymał emocjonalnie, była scena z Nightcrawlerem u matki dziecka, które uratował w poprzednich numerach. Krótka, ale istotna, w pełni oddaje jego wrażliwość i moralną refleksję. Szkoda tylko, że reszta numeru szybko schodzi na tory romantyzacji i lekkiego karnawałowego humoru.
Problemy fabularne i logiczne
Kilka scen pozostawia pytania bez odpowiedzi. Jak to możliwe, że Scott, Guido i inni pojawili się w Luizjanie, żeby gasić pożar? Scenariusz nie tłumaczy tego w sposób spójny, a obecność bohaterów wydaje się wymuszona. Podobnie problematyczne jest umieszczenie Wolverine’a na diabelskim młynie postać od setek lat doświadczająca śmierci i posiadająca zdolność regeneracji w tym kontekście wydaje się niedorzeczna.
Oprawa wizualna
Rysunki Luciano Vecchio są solidne, choć nie tak wyraziste jak Marqueza w poprzednich numerach. Styl jest czysty, „prestiżowy”, nieco „feminijny”, co pasuje do spokojniejszych, slice-of-life scen, ale brakuje dynamiki i dramatyzmu w większych wydarzeniach. Gambit wygląda tu zbyt młodo i „efemerycznie”, tracąc dawny charakter tajemniczego, męskiego bohatera.
Podsumowanie
Uncanny X-Men #18 to numer przeciętny, momentami uroczy, ale ogólnie pozbawiony kierunku. Serie X-Men potrzebują historii spójnych, pełnych akcji, napięcia i dramatyzmu, a dzień w karnawale nie dostarcza tego typu emocji przynajmniej w tym momencie opowieści. Fani mogą docenić niektóre emocjonalne chwile i artystyczną stronę, ale całość nie spełnia oczekiwań i wydaje się lekko zmarnowanym materiałem.
Ocena końcowa: 5/10
Plusy:
+Scena z Nightcrawlerem u matki dziecka – krótka, ale poruszająca+Kilka zabawnych i „slice-of-life” momentów postaci
+Rysunki Vecchio jest czysta i spójna, dobrze współgra ze spokojniejszymi scenami
Minusy:
-Brak wyraźnego kierunku fabularnego
-Karnawał i „Friendship Day” wypadają absurdalnie w kontekście wcześniejszych wydarzeń
-Problematyczne sceny logiczne (pożar, diabelski młyn, obecność bohaterów)
-Gambit zbyt młody i „efemeryczny” wizualnie
-Wątki romantyczne i Mutina niewykorzystane


