Recenzja Uncanny X-Men #19 – “Chaos narracyjny i zmarnowany potencjał”

 




Seria Uncanny X-Men pod piórem Gail Simone od początku wzbudzała emocje – raz pozytywne, raz negatywne. Były momenty, kiedy wydawało się, że w końcu dostajemy coś świeżego, odważnego i wpisującego się w ducha X-Men. Niestety, numer #19 to przykład, jak łatwo można pogubić wątki, zmarnować potencjał pobocznych historii i podważyć samą logikę opowieści. To zeszyt, który próbuje wiele rzeczy naraz, ale żadnej nie robi dobrze.

Gdzie podziała się ciągłość fabuły?

Już od pierwszych stron widać problem – kontynuacja względem poprzedniego numeru praktycznie nie istnieje. Festiwal, który stanowił centralny punkt poprzedniego zeszytu, nagle znika z narracji. Pożar, wątek mieszkańców, przypadkowe spotkania z Cyclopsem, Outlaw czy Fortão – wszystko to zostaje zamiecione pod dywan. Zamiast rozwinięcia otrzymujemy suchą wzmiankę i kompletnie nową sytuację polityczno-biurową z udziałem burmistrzyni.

To sprawia, że lektura jest dezorientująca – jakby ktoś odciął cały fragment historii i postanowił zacząć od zera. Czytelnik zaczyna zadawać pytania: po co więc był festiwal? Co z integracją mutantów z mieszkańcami? Czy to miało jakikolwiek sens, skoro nie prowadzi do żadnych konsekwencji?

Jubileusz na pierwszym planie – i kolejna porażka

Numer skupia się na Jubileu, co na pierwszy rzut oka jest plusem – w końcu jedna z klasycznych bohaterek dostaje czas, by zaistnieć w serii. Problem w tym, że sposób, w jaki Simone prowadzi jej narrację, kompletnie nie przypomina dawnej Jubileu. Zamiast energicznej, charakterystycznej postaci z własnym slangiem i iskrą, dostajemy bezbarwny monolog wewnętrzny, który mógłby należeć do kogokolwiek.

Najgorsze, że sama konstrukcja historii nie ma sensu. Deadpool i Outlaw pojawiają się „znikąd”, mimo że w poprzednim numerze byli obecni w Haven i aktywnie uczestniczyli w ratowaniu ludzi. Scenariusz zupełnie ignoruje tę ciągłość. Dodajmy do tego dziwnie napisaną Corinę, której obecność w otwierającej scenie nie wnosi nic poza przypomnieniem, że jest złą postacią.

Deadpool jako karykatura samego siebie

Deadpool to postać, która od lat balansuje między humorem a śmiertelnym zagrożeniem. Tutaj jednak mamy do czynienia z jego najgorszym wcieleniem – czystą karykaturą. Zamiast błyskotliwych, zgryźliwych żartów dostajemy cringe’owe one-linery, które sprawiają wrażenie, jakby Simone pisała je „na siłę”.

To bolesne, bo jeszcze kilka numerów temu można było mieć nadzieję, że Wade dostanie chwilę, by zabłysnąć czymś więcej niż chaotycznym humorem. Niestety, tutaj jest tylko rozpraszaczem fabuły.

Dialogi – największy problem serii

Nie da się tego dłużej ignorować: dialogi w wykonaniu Simone są coraz trudniejsze do zniesienia. Przekombinowane, zbyt meta, przesadnie emocjonalne i po prostu sztuczne. Najlepszym (a raczej najgorszym) przykładem jest scena w biurze burmistrzyni, w której rozmowy brzmią bardziej jak parodia politycznego sitcomu niż poważna narracja w komiksie o mutantach.

Dramatyczne momenty wypadają jak tanie farsy, a meta-żarty zamiast bawić, wybijają z klimatu. Czytając, ma się wrażenie, że postacie nie mówią własnym głosem – wszystkie brzmią jak scenarzystka, która wkłada w nie swoje komentarze.

Warstwa wizualna – ratunek, który się wywraca

David Marquez to rysownik o dużym doświadczeniu i zwykle wysoka jakość jego prac jest jednym z plusów serii. W numerze #19 sztuka rzeczywiście wygląda estetycznie, postacie są atrakcyjne wizualnie, a dynamika scen akcji działa poprawnie.

Niestety, nawet tutaj trafiają się błędy, które trudno wytłumaczyć. X-Men wchodzą do akcji w strojach formalnych, by w następnym kadrze nagle być w kostiumach bojowych – i to bez żadnego uzasadnienia. To nie jest błąd fabularny na przestrzeni numerów, tylko amatorski brak ciągłości między kadrami.

Zakończenie i poczucie straconego czasu

Finalna walka, która miała nawiązywać do numeru Free Comic Book Day, okazuje się… niczym. Niby jest, niby coś się dzieje, ale stawki są zerowe, a rozstrzygnięcie banalne i przewidywalne.

W efekcie całe Uncanny X-Men #19 to zeszyt, który wygląda jak przejściowy filler. Brak konsekwencji wobec wcześniejszych wątków, źle napisane postacie i coraz bardziej męczące dialogi sprawiają, że czytelnik ma wrażenie zmarnowanego potencjału.

Podsumowanie

Gail Simone miała szansę na opowiedzenie historii, która rozwijałaby mutantów w nowym kontekście społecznym i politycznym. Zamiast tego dostajemy chaos fabularny, narracyjne skróty i dialogi, które brzmią jak pastisz same siebie. Nawet jeśli momentami sztuka Marqueza ratuje sytuację, całość pozostawia po sobie uczucie frustracji.

Uncanny X-Men #19 to komiks, który bardziej męczy niż angażuje. Jeśli seria nie zmieni kierunku, nawet najbardziej oddani fani X-Men stracą cierpliwość.

Ocena końcowa: 4/10

Plusy:

+Skupienie się na Jubili daje chwilę wytchnienia od nowych postaci

+Moment w dinerze z małą „zemstą” Jubileu ma satysfakcję

+Rysunki Davida Marqueza wciąż robią wrażenie, mimo błędów

Minusy:

-Całkowity brak ciągłości wobec poprzedniego numeru

-Deadpool jako karykatura samego siebie


-Dialogi przeładowane, sztuczne i męczące


-Chaos fabularny i zmarnowany potencjał festiwalu oraz wątku mieszkańców

-Błędy w ciągłości wizualnej (stroje X-Men zmieniające się między kadrami)