Recenzja Gry: Fire Emblem Engage – Powrót do korzeni z nutą nowoczesności
Fire Emblem Engage to gra, która od pierwszych minut daje do zrozumienia, że jej priorytetem jest taktyczna walka. Jeśli poprzednia odsłona – Three Houses – była „szachami z elementami randkowania i życia szkolnego”, tak Engage jest czystszą, bardziej klasyczną interpretacją serii. Dla jednych to powrót do złotej ery Fire Emblem, dla innych – odejście od „standardu” ustalonego przez poprzednią część.
To, co dostajemy, to produkcja, która łączy najlepsze elementy starszych odsłon (Awakening, Fates, GBA) z garścią nowoczesnych usprawnień, nowym systemem Emblem Rings i bardzo dopracowaną, różnorodną mapą bitewną. Niestety – równie wyraźne są jej wady: przewidywalna fabuła, postaci sprowadzone do jednego „gimmicku” oraz nadmiar niepotrzebnych aktywności między bitwami.
Historia – sztampa, ale w dobrym rytmie
Fabuła Engage jest niemal definicją „typowego Fire Emblem”: mamy cztery krainy, pradawnego złego smoka (Sombron), który wraca po stuleciach, i bohatera – Alear – który cierpi na amnezję i musi zebrać 12 legendarnych pierścieni, by ocalić świat. To opowieść bardzo czarno-biała – dobro jest dobrem, zło jest złem, bez większej moralnej szarości, jaką znaliśmy z Three Houses.
Nie jest to jednak opowieść męcząca. Jej rytm jest szybki, wydarzenia postępują sprawnie, a podróż przez Elyos daje poczucie progresu. Są momenty, które faktycznie potrafią zaskoczyć (szczególnie w połączeniu z mechaniką gry), ale twisty fabularne w większości da się przewidzieć na długo przed tym, jak pojawią się na ekranie.
Jeśli oczekujesz intryg politycznych, konfliktów moralnych czy głębokich relacji na poziomie Fodlanu tutaj tego nie znajdziesz. Engage to raczej epicka baśń fantasy, a nie dramat wojenny.
Postacie – kalejdoskop archetypów
Obsada Engage jest… kolorowa w każdym sensie tego słowa. Projekt postaci idzie w kierunku przesadnie anime’owym – od cukierkowych stylizacji po absurdalne fryzury. Dla niektórych będzie to urokliwe, dla innych – odstraszające.
Każda postać ma jedną lub dwie cechy definiujące: ktoś obsesyjnie pije herbatę, ktoś inny żyje mięsem, inny jest wiecznym sprzedawcą, a kolejny uwielbia opowiadać bajki. Problem polega na tym, że te cechy dominują 90% dialogów i sprawiają, że support conversations szybko tracą świeżość.
Są jednak wyjątki. Postacie takie jak Kagetsu (nieskończenie pozytywny wojownik), Merrin („czy to nie było cool?”) czy Veyle (postać fabularna z ciekawym wątkiem) potrafią naprawdę zdobyć sympatię gracza. Niestety – w większości przypadków zabrakło głębszego rozwinięcia charakterów, jakie mieliśmy np. w Three Houses, gdzie rozmowy wspierały także worldbuilding.
Emblem Rings – serce mechaniki
System Emblem Rings to zdecydowanie największa innowacja Engage i powód, dla którego rozgrywka jest tak satysfakcjonująca. Każdy pierścień zawiera „ducha” bohatera z poprzednich odsłon Fire Emblem (Marth, Ike, Lyn, Eirika itd.), a jego nosiciel zyskuje dostęp do nowych umiejętności, broni i specjalnych ataków.
Kluczem jest fakt, że pierścienie można dowolnie przypisywać postaciom a to oznacza setki możliwych kombinacji. Możesz dać wojownikowi specjalizację magiczną, uczynić maga mobilnym jeźdźcem czy zamienić łucznika w mobilnego assassina. Co ważne, system nie jest przesadnie przegięty – w przeciwieństwie do Pair Up z Awakening, który potrafił zepsuć balans, tutaj Engage wymaga mądrego planowania aktywacji mocy pierścieni.
Do tego dochodzi powrót triangla broni – miecze biją topory, topory biją włócznie, włócznie biją miecze. Trafienie odpowiednią bronią wywołuje efekt „Break”, który uniemożliwia przeciwnikowi kontratak. Niby drobiazg, ale daje walkom większe tempo i taktyczną ostrość.
Projekt map – różnorodność i pomysłowość
To jeden z najmocniejszych punktów Engage. Mapy nie tylko wyglądają świetnie, ale oferują szeroki wachlarz wyzwań:
odowe pola, gdzie wiatr przesuwa jednostki,wulkany zasypujące obszary lawą,
mroczne lokacje, w których trzeba używać pochodni,
otwarte równiny z falami przeciwników, które wymuszają ofensywne podejście.
Każdy etap ma swój unikalny motyw, a projekt poziomów jest na tyle dopracowany, że nawet w późnej fazie gry rzadko czuć powtarzalność. Widać, że twórcy chcieli uniknąć „deathballowania” znanego z niektórych wcześniejszych odsłon – tu trzeba myśleć o pozycjonowaniu i reagować na zagrożenia.
Somniel – baza, która mogłaby być mniejsza
Między bitwami trafiamy do Somniel podniebnej bazy pełnej aktywności. Możemy trenować, gotować, łowić ryby, adoptować zwierzęta, jeździć na smoku, polerować pierścienie, przymierzać ubrania i robić dziesiątki innych rzeczy. Problem w tym, że większość z nich jest… zbędna.
O ile system treningów z Emblemami czy kuźnia mają realny wpływ na rozgrywkę, tak część minigierek jest czystym „wypełniaczem”. Polerowanie pierścieni, aby zwiększyć więź z Emblemem, to jeden z przykładów mechaniki, której nikt nie prosił, a która potrafi tylko spowolnić tempo.
Na plus brak systemu kalendarza znanego z Three Houses sprawia, że pacing gry jest znacznie szybszy. Jeśli chcesz, możesz przechodzić od bitwy do bitwy bez większych przestojów.
System klas i reclassing
Engage pozwala zmieniać klasy postaci praktycznie dowolnie warunkiem jest zdobycie odpowiednich proficjencji (np. władania mieczem czy magią), które uzyskujemy poprzez noszenie danego Emblem Ring. To otwiera ogromne pole do eksperymentów i pozwala wyciągnąć maksymalny potencjał statystyk bohaterów.
Chcesz, aby Twój wojownik machający toporem stał się magiem bitewnym? Proszę bardzo. Uważasz, że Twój łucznik powinien latać na smoku? Nic nie stoi na przeszkodzie. Ta swoboda jest jednym z elementów, które zachęcają do kolejnych przejść gry.
Oprawa audiowizualna
Pod względem grafiki to najładniejsza odsłona Fire Emblem w 3D. Modele postaci są ostre, animacje płynne, a projekty lokacji robią wrażenie szczególnie w zbliżeniach po walce, kiedy możemy swobodnie eksplorować mapę.
Muzyka zasługuje na osobny akapit. Engage oferuje mieszankę nowych kompozycji i zremiksowanych motywów z poprzednich gier szczególnie podczas Emblem Paralogue’ów. Dla fanów serii to czysta dawka nostalgii.
Trudność i tryby gry
Gra oferuje trzy poziomy trudności (Normal, Hard, Maddening) dostępne od początku. Weterani raczej powinni od razu celować w Hard lub Maddening – Normal jest dość prosty, nawet z ograniczonymi „rewindami”.
Skirmishe, treningi i możliwość wielokrotnego powtarzania misji sprawiają, że można łatwo utrzymać jednostki na odpowiednim poziomie. Dla tych, którzy chcą naprawdę trudnego wyzwania, tryb Maddening (bez zapisu w trakcie bitwy) będzie prawdziwym testem.
Multiplayer i dodatkowa zawartość
Choć trybu PvP w pełnym sensie tu nie ma, można tworzyć własne mapy i dzielić się nimi z innymi graczami, a także rozgrywać bitwy kooperacyjne przeciw AI. To ciekawy dodatek, choć raczej niszowy.
Podsumowanie – świetna taktyka, słabsza narracja
Fire Emblem Engage to gra, która wie, dla kogo powstała. Jeśli kochasz taktyczne wyzwania, kombinowanie z klasami i składem drużyny, a fabuła jest dla Ciebie tylko pretekstem do kolejnej bitwy będziesz zachwycony.
Jeśli jednak po Three Houses oczekujesz pogłębionych relacji, moralnych wyborów i złożonego świata tu poczujesz niedosyt. Engage jest piękne, taktycznie błyskotliwe, ale narracyjnie płytkie.
Plusy
+Emblem Rings – ogrom możliwości taktycznych+Powrót triangla broni z mechaniką „Break”
+Świetny projekt map z dużą różnorodnością
+Elastyczny system klas i reclassingu
+Najładniejsza odsłona Fire Emblem w 3D
+Świetna muzyka i nostalgiczne odniesienia do poprzednich części
Minusy
-Przewidywalna, sztampowa fabuła-Większość postaci to jednowymiarowe archetypy
-Somniel pełne zbędnych, spowalniających aktywności
-Brak większej głębi worldbuildingu
-Niektóre minigry są marnowaniem czasu
Ocena końcowa: 7.5/10
Doskonała taktyka, zachwycające mapy, piękna oprawa – ale fabularnie i narracyjnie Engage ustępuje Three Houses. Dla fanów mechaniki – pozycja obowiązkowa. Dla szukających głębokiej historii – niekoniecznie.
Moj Gameplay:





