Recenzja Komiksu: Amazing Spider-Man #10
Dziesiąty numer serii Amazing Spider-Man to przykład komiksu, który balansuje pomiędzy frustrującą przewidywalnością a ekscytującymi zwrotami akcji, które sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Choć większość numeru jest poprawna, a momentami wręcz nijaka, to końcówka serwuje takie rewelacje, że trudno nie czekać z wypiekami na twarzy na kolejną część.
Brutalny Spider-Man i walka z AfterShocks
Numer rozpoczyna się od kontynuacji starcia Spider-Mana z grupą Shocker’a – AfterShocks. Sceny walki mają odpowiednią intensywność, a brutalność bohatera zostaje podkreślona poprzez czerwone soczewki w masce, które symbolizują gniew i mroczną stronę, jaka coraz mocniej dochodzi do głosu. To wizualny detal, który działa znakomicie i od razu odróżnia tego Spider-Mana od „klasycznej” wersji, jaką znamy.
Na scenie ponownie pojawia się też Black Cat, która ratuje „Petera” w jednym z kluczowych momentów. Jej obecność dodaje nieco lekkości i kontrastuje z coraz bardziej bezwzględnym zachowaniem bohatera.
Tombstone i Shocker – odgrzewany kotlet czy solidne wsparcie?
Powrót Tombstone’a budzi mieszane uczucia. Z jednej strony wciąż pełni rolę istotnego elementu przestępczego krajobrazu Nowego Jorku, ale z drugiej – jego obecność zaczyna męczyć, bo od czasu runu Wellsa postać ta jest eksploatowana aż do przesady. Shocker z kolei, choć przedstawiony jako ktoś groźniejszy niż zwykle, ponownie staje się workiem treningowym. Można mu współczuć – ile razy można brutalnie obijać tego samego przeciwnika?
Klimat i dialogi
Dialogi są poprawne, ale ton całości wydaje się nieco wymuszony. Scenariusz momentami próbuje być „edgy” i mroczniejszy niż zwykle, co nie zawsze wypada naturalnie. Spider-Man w trybie „mściciela” to motyw, który widzieliśmy już wcześniej – czy to w kontekście symbiontu, czy wątku Superior Spider-Man. Tutaj jednak zostaje zarysowany na nowo i choć brakuje pełnej oryginalności, to budzi ciekawość, dokąd ten motyw zostanie poprowadzony.
Nie zabrakło też lżejszych momentów, jak np. żartobliwa kwestia: „Chcesz pogadać ze Spider-Manem? Napisz mu DM albo zapal światło na niebie” – drobiazg, który skutecznie rozładowuje napięcie.
Wielki twist – kto jest kim?
Najważniejszym momentem numeru jest jednak finał. Okazuje się bowiem, że Peter… nie jest naprawdę Peterem, a Spider-Man… nie jest tym, za kogo go braliśmy. To otwiera drzwi do szeregu spekulacji.
Czy Peter to tak naprawdę Ben Reilly, który po wydarzeniach z Chasm odzyskał dawną tożsamość? A może Spider-Man w tej wersji to Norman Osborn, który dzięki swoim „pajęczym” modyfikacjom osiągnął zdolności porównywalne do Petera? Panel z podeszwami jego kostiumu sugerującymi specjalne technologie wydaje się to potwierdzać. Jeśli faktycznie okaże się, że Norman balansuje na cienkiej linii między bohaterem a powrotem do roli Zielonego Goblina, moglibyśmy otrzymać jeden z ciekawszych wątków w ostatnich latach.
Ten twist nie tylko odświeża historię, ale także zmusza czytelników do ponownego spojrzenia na wcześniejsze numery – jak długo śledziliśmy „fałszywego” Petera? Od tego zeszytu? A może od początku tej serii? To pytania, które sprawiają, że cliffhanger działa dokładnie tak, jak powinien.
Sfera wizualna
Pod kątem graficznym numer prezentuje się lepiej niż ostatnie dokonania Romity Jr., choć wciąż nie jest idealnie. Niektóre panele cierpią na brak szczegółów i dynamiki, przez co sceny akcji tracą na mocy. Na szczęście są też momenty wizualnej błyskotliwości – szczególnie w sposobie przedstawienia gniewnego Spider-Mana z czerwonymi oczami. To prosty, ale niezwykle efektywny zabieg artystyczny.
Podsumowanie
Amazing Spider-Man #10 to komiks, który miewa swoje dłużyzny i wciąż boryka się z problemami narracyjnymi, ale jednocześnie oferuje wystarczająco dużo intrygujących elementów, by trzymać czytelnika w napięciu. Finałowy twist jest jednym z najlepszych w tej serii od dłuższego czasu i w pełni uzasadnia chęć sięgnięcia po kolejny numer.
Nie jest to zeszyt pozbawiony wad – szczególnie w zakresie dialogów i niekonsekwentnej warstwy graficznej – ale stanowi solidny krok naprzód względem poprzedniego numeru. Jeśli ta seria ma się obronić, to właśnie takimi cliffhangerami i ryzykownymi decyzjami fabularnymi.
Ocena: 7/10
Plusy:
+Mocny, zaskakujący twist na końcu numeru+Czerwone soczewki jako świetny symbol mrocznej strony Spider-Mana
+Black Cat jako kontrapunkt dla brutalności „Petera”
+Kilka trafionych, lżejszych dialogów
+Potencjalnie interesujący wątek Normana jako Spider-Mana
Minusy:
-Tombstone staje się postacią męczącą przez nadmierną eksploatację-Shocker ponownie sprowadzony do roli ofiary
-Dialogi momentami wymuszone i zbyt „edgy”
-Warstwa graficzna nierówna, niektóre panele pozbawione detali
-Wrażenie deja vu wobec wcześniejszych wątków (Superior, symbiont, klony)


