Recenzja Komiksu: Wolverine #12 – “Iluzje bez celu”
Seria solowa Wolverine’a przez lata przyzwyczaiła nas do tego, że nawet jeśli fabuła schodzi na drugi plan, to zawsze możemy liczyć na brutalną akcję, charakterystyczny cynizm Logana i eksplorację jego wewnętrznych demonów. Niestety, Wolverine #12 to przykład numeru, który ma wszystkie elementy, by być intensywną podróżą w głąb psychiki bohatera, ale gubi się we własnym chaosie, powtarzając najgorsze klisze gatunku i marnując potencjał zarówno postaci, jak i samej formuły komiksu superbohaterskiego.
Fabularny chaos – czyli po co to wszystko?
Głównym przeciwnikiem Logana w tym numerze jest Mastermind, klasyczny złoczyńca mutant, którego moc tworzenia iluzji w teorii powinna być idealnym pretekstem do eksperymentalnej narracji i spektakularnej oprawy graficznej. W praktyce jednak dostajemy zlepek scen, które nie prowadzą donikąd.
Logan trafia do kolejnych pułapek: spotyka martwych bliskich, wrogów, których dawno temu pokonał, a nawet własną matkę zmarłą ponad sto lat temu. Problem polega na tym, że Wolverine od dekad żyje z traumą manipulacji umysłem. Został prany mózgowo więcej razy, niż da się policzyć. A jednak w tym numerze daje się nabrać na najprostsze sztuczki. Zamiast instynktownego podejrzenia iluzji, obserwujemy bohatera, który brnie przez kolejne scenki niczym amator. Efekt? Logan wypada nie jak zahartowany wojownik, lecz jak naiwny dzieciak tęskniący za mamą.
I tu pojawia się fundamentalne pytanie: co ta historia w ogóle wnosi? Nie rozwija postaci Wolverine’a, nie pokazuje niczego nowego o Mastermindzie, a sama intryga zdaje się nie mieć żadnego celu poza tym, by zapełnić trzy numery kolejnymi mirażami.
Zmarnowany potencjał iluzji
Komiks dzieje się w całości w świecie kreowanym przez Masterminda. Wydawałoby się, że to wymarzona okazja dla artysty – można zaszaleć, zerwać z realizmem, bawić się formą, kadrowaniem, kolorem, perspektywą. Tymczasem Wolverine #12 wygląda… przeciętnie.
Rysunki są poprawne, ale pozbawione inwencji. Brakuje choć jednej planszy, która zapadałaby w pamięć. Zamiast onirycznego koszmaru czy surrealistycznej podróży, dostajemy estetykę na poziomie przeciętnego filler issue. Nawet układ kadrów pozostaje zachowawczy jakby artysta sam nie wiedział, że opowiada historię w świecie, gdzie nic nie obowiązuje.
Leniwe tropy fabularne
Jednym z najbardziej irytujących elementów jest powtarzanie do znudzenia wyświechtanego tropu: “Ale ja nigdy nie powiedziałem imienia X!” to stary trik w historiach z iluzjami, który ma bohatera “przebudzić” i uświadomić, że żyje w oszustwie. Problem w tym, że Marvel używa go już po raz setny, i to bez żadnego twistu czy próby odświeżenia motywu.
Dodajmy do tego brak jakiejkolwiek motywacji Masterminda. Czemu właściwie zadaje sobie tyle trudu? Co chce osiągnąć? Tego nie wiemy bo komiks nie daje odpowiedzi. Postać zostaje sprowadzona do roli narzędzia fabularnego.
Jasne punkty – monologi wewnętrzne i odrobina klimatu
Na tle tej narracyjnej mielizny jedynym ratunkiem pozostają klasyczne elementy Wolverine’a jego wewnętrzny monolog. Logan wciąż ma swój charakterystyczny głos: zmęczony, cyniczny, ale gdzieś głęboko wrażliwy. Niektóre refleksje bohatera ratują poszczególne strony przed kompletnym zmarnowaniem.
Pojawiają się też momenty, które mają cień emocjonalnej siły. Spotkanie z matką czy konfrontacja ze starymi wrogami mogłyby działać lepiej w historii, która miałaby coś konkretnego do powiedzenia.
Podsumowanie
Wolverine #12 to przykład numeru, który miał potencjał na psychologiczną opowieść z mocnym ładunkiem emocjonalnym, ale ugrzązł w sztampie i fabularnym chaosie. Ahmed udowadniał w przeszłości, że potrafi pisać ambitne i świeże historie (Black Bolt!), ale tutaj widać, że brakuje mu pomysłu na to, co zrobić z Wolverinem i jego bogatą mitologią.
Rezultat? Numer, który czyta się z rosnącą frustracją nie dlatego, że jest kontrowersyjny, tylko dlatego, że jest pusty.
Ocena końcowa: 4/10
Plusy:
+Kilka dobrych momentów wewnętrznego monologu Wolverine’a+Potencjał emocjonalny w scenie spotkania z matką
+Historia krótka, nieprzeciągnięta na wiele numerów
Minusy:
-Brak motywacji Masterminda – postać jako narzędzie fabularne-Logan zachowuje się jak naiwniak, a nie doświadczony wojownik
-Powtarzanie wyświechtanych klisz (“nigdy nie powiedziałem imienia…”)
-Brak ciekawych, kreatywnych wizualizacji iluzji
-Narracyjny chaos i poczucie zmarnowanego potencjału


