Recenzja komiksu: Absolute Batman #11
Po dziesięciu numerach fenomenalnej serii, która już teraz uchodzi za jedną z najambitniejszych opowieści o Mrocznym Rycerzu w ostatnich dekadach, Absolute Batman #11 przynosi coś, co można nazwać kamieniem milowym całego runu – historię, która nie tylko redefiniuje postać Bane’a w ramach uniwersum Absolute, ale też w niezwykle odważny sposób zderza jego mit z mitem Batmana.
Scott Snyder wraz z Clayem Mannem (rysunki) i Ivanem Plascencią (kolory) serwują czytelnikom numer, który jednocześnie jest surowy, brutalny, tragiczny, a przy tym wyrafinowany literacko i wizualnie. To opowieść o wojnie, dziedzictwie, ojcostwie i kuszeniu przez zło, ubrana w ramy narracyjne, które sprawiają, że obcujemy z komiksem przypominającym mitologię bardziej niż klasyczną superbohaterską historię.
Nowe narodziny potwora
Trzon numeru stanowi origin story Absolute Bane’a. Snyder odwołuje się do klasycznego Vengeance of Bane, ale nie powiela go wprost – zamiast tego proponuje wariację, która jednocześnie podkreśla znajome elementy i całkowicie odmienia odbiór postaci. Bane nie rodzi się w więzieniu, lecz w wolności – choć tej złudnej, pod jarzmem dyktatury. To nie beznadziejna cela kształtuje jego charakter, lecz ciągła wojna i presja ojca, który wpoił mu wizję pokoju jako śmierci i wojny jako życia.
Z tych korzeni wyrasta nowa symbolika. Płonący biały ptak o czaszkopodobnych plecach, który staje się inspiracją dla maski Bane’a, jest jednym z najmocniejszych obrazów numeru. To znak zrodzony nie z przypadkowego koszmaru, ale z doświadczenia dziecka, które w świecie przemocy i chaosu musiało znaleźć własną tożsamość. Snyder nie tylko rekonstruuje genezę Bane’a, ale czyni z niej parabolę o narodzinach potwora z ognia i krwi.
Bane kontra Batman – odbicia w lustrze
Sednem tego numeru jest nie tyle geneza Bane’a, ile jej zestawienie z drogą Batmana. Snyder wyraźnie sugeruje, że obaj bohaterowie to dwie strony tej samej monety. Obydwaj ukształtowani przez traumę, obydwaj napędzani przez obsesję ochrony swojego domu.
Bane widzi w Batmanie siebie – kogoś, kto prędzej czy później musi ulec brutalności, kogo można „uszlachetnić” poprzez cierpienie i zbrodnię. I to właśnie ta pokrętna „wizja przyszłości” staje się osią konfliktu. Batman jednak pozostaje czymś więcej niż odpowiedzią na przemoc – jest jej zaprzeczeniem. I choć Snyder pokazuje go tutaj jako znacznie brutalniejszego niż w klasycznych interpretacjach, wciąż istnieje granica, której Bruce nie przekroczy.
Narracja Alfreda i moralne pytania
Całość opowiedziana jest z perspektywy Alfreda, który przybiera rolę narratora przypominającego greckiego chóru. To on snuje opowieść o Bane’ie, zestawiając fakty z własnymi interpretacjami. W pewnych momentach może się wydawać, że zna zbyt wiele, by było to wiarygodne, ale w ramach Absolute Universe działa to znakomicie – Alfred staje się głosem sumienia, ale i przewodnikiem po mitologii tej wersji świata.
Jego narracja wzmacnia filozoficzny wymiar komiksu: jak wiele człowiek może znieść, zanim sam stanie się potworem? Czy w imię ochrony swojego domu można usprawiedliwić każdą zbrodnię?
Sztuka Claya Manna – triumf formy
Największym zaskoczeniem numeru jest Clay Mann, który początkowo budził obawy fanów ze względu na swój kontrastowy styl wobec Dragotty. Okazało się jednak, że Mann stworzył jedną z najlepszych partii swojej kariery.
Jego rysunki są pełne dynamiki, zrywają z zarzutami o „statyczność”, które czasem mu towarzyszyły. Efektowne skróty perspektywiczne, deformacje ciała podczas walki, płynność sekwencji – wszystko to sprawia, że akcja jest brutalna i visceralna, a jednocześnie pięknie skomponowana. Mann przejął narracyjne rozwiązania Dragotty i zinterpretował je po swojemu, udowadniając, że potrafi być nie tylko dobrym rzemieślnikiem, ale i twórcą z własnym, wyrazistym językiem.
Dopełnieniem jest kolorystyka Ivana Plascencii, która wykorzystuje kontrasty czerwieni i cieni, nadając obecności Bane’a niemal demoniczny charakter. Czerwień towarzyszy mu niczym fatum, aż do momentu założenia maski i wtedy obraz osiąga pełnię symbolicznej mocy.
Joker – cień nad wszystkim
Choć Bane jest głównym bohaterem numeru, Snyder w tle buduje też fascynującą wersję Jokera. Tutaj przypomina „normalnego” człowieka, pozbawionego groteskowych rysów, a przez to jeszcze bardziej niepokojącego. Nie śmieje się – uśmiecha. Nie atakuje manipuluje. To Joker jako architekt kuszenia, którego obecność zwiastuje, że każdy diabeł ma swoje żądania.
Podsumowanie
Absolute Batman #11 to komiks, który działa na wszystkich poziomach: narracyjnym, symbolicznym, emocjonalnym i wizualnym. Snyder udowadnia, że wciąż potrafi pisać historie o Batmanie, które nie tylko zaskakują, ale i skłaniają do refleksji. Clay Mann zaś pokazuje, że potrafi wyjść poza swoje dotychczasowe ramy i stworzyć coś, co zostanie zapamiętane na długo.
To nie jest numer pozbawiony wad – nie każdemu przypadnie do gustu narracja Alfreda czy element „fałszywego snu”, który może wywołać poczucie zdrady wobec czytelnika. Jednak siła emocjonalna, dramaturgia i wizualny rozmach sprawiają, że jest to najlepszy numer serii do tej pory i jedno z najważniejszych wydarzeń komiksowych 2025 roku.
Ocena: 9.5/10
Plusy:
+rewelacyjny origin story Bane’a – brutalny i symboliczny zarazem+mistrzowska narracja Alfreda nadająca całości filozoficzny ton
+Clay Mann w najwyższej formie – dynamiczna, ekspresyjna kreska
+perfekcyjna kolorystyka Plascencii, grająca kontrastami czerwieni i cienia
+zestawienie Bane’a i Batmana jako lustrzanych odbić
+niepokojąca, świeża interpretacja Jokera
Minusy:
-narracja Alfreda momentami niewiarygodna-motyw „hipotetycznego snu/iluzji” może rozczarować część czytelników
-niektóre filozoficzne wątki mogłyby być rozwinięte głębiej


