Recenzja komiksu - Nightwing #131
Seria Nightwing w rękach scenarzysty Ram V Watters (w fandomie często skracany po prostu do Wattersa) i rysownika Dexter Soy wchodzi na wyjątkowo wysoki poziom. Nightwing #131 to zeszyt, który śmiało można nazwać jednym z najlepszych rozdziałów ich runu – dynamiczny, emocjonalny, świetnie narysowany i zaskakująco przystępny dla nowych czytelników. To numer, który jednocześnie pcha fabułę naprzód i zostawia czytelnika z szeroko otwartymi oczami na ostatniej stronie.
I tak – jeśli ktoś czyta ten zeszyt dla Killer Motha, to dostaje dokładnie to, na co liczył. A nawet więcej.
Anti-Batman w pełnej krasie
Największym zaskoczeniem numeru jest to, jak znakomicie wypada tutaj Killer Moth. Postać, która przez lata bywała traktowana jako żart, w tym zeszycie jest jednocześnie komiczna i realnie niebezpieczna. Watters wyciska z niego maksimum – jego dialogi są błyskotliwe, autoironiczne, momentami absurdalne (motywy w stylu „Mothmarine”, „moth-rocket” czy „moth-death ray”), ale nigdy nie przekraczają granicy parodii.
To „anty-Batman” w czystej formie – przestępca z obsesją na punkcie nietoperzy, z masą gadżetów i wielkim ego. A jednocześnie ktoś, kto w odpowiednich okolicznościach może zabić – nawet jeśli wydaje się „dużym, głupim przestępcą”. Ta mieszanka humoru i zagrożenia działa fenomenalnie.
Dexter Soy rysuje go absolutnie fantastycznie. Jego projekt postaci, mimika, teatralność ruchów – wszystko to sprawia, że Killer Moth kradnie sceny, w których się pojawia.
Bryce i ciężar odpowiedzialności
Centralnym elementem numeru jest jednak relacja Dicka z Bryce’em – młodym protegowanym, określanym przez niektórych jako „Nightwing Prime”. Pomysł, by Dick Grayson – sam kiedyś przygarnięty przez Bruce’a – stał się mentorem, jest narracyjnie bardzo silny. Watters doskonale oddaje głos Nightwinga: empatycznego, odpowiedzialnego, ale też rozdartego między rolą bohatera a opiekuna.
Bryce jest naiwny. Ma 11 lat. Uczy się swoich mocy i – co kluczowe – zbyt mocno polega na przekonaniu o własnej nietykalności. To bardzo ciekawy kontrast wobec „ludzkiej” natury Bat-rodziny. Dick musi nie tylko walczyć z przestępczością, ale też kontrolować kogoś, kto posiada ogromną siłę i zerowe doświadczenie.
I tu zaczynają się pewne problemy strukturalne.
Nadmiar wątków czy bogactwo świata?
Watters ma mnóstwo świetnych pomysłów. Mamy rozwój wątku Olivia Pearce, intrygę związaną z Zanni i Cirque du Sin, konflikt z gangami korzystającymi z formuły Man-Bata, współpracę z komisarz Sawyer, a do tego mentoring Bryce’a.
To dużo. Momentami aż za dużo.
Dick bywa w tym numerze bardziej reaktywny niż sprawczy – gasząc kolejne pożary zamiast wyznaczać kierunek. Opóźnia to bezpośrednią konfrontację z Zanni, co może frustrować czytelników spragnionych szybszego tempa. Zamiast jednego kulminacyjnego dania, dostajemy kilka bardzo dobrych przystawek naraz.
A jednak – ostatnia strona sugeruje, że te wszystkie wątki mogą się wreszcie połączyć w jedno, mocne crescendo.
Akcja, światło i emocje
Warstwa wizualna to absolutny top. Soy wchodzi na poziom, którego wcześniej wielu czytelników mogło się po nim nie spodziewać. Kadry z podwodnej infiltracji „Mothmarine”, sceny nocnych pościgów po dachach, laserowy wzrok Bryce’a przecinający mrok – wszystko to wygląda spektakularnie.
Ale prawdziwym bohaterem jest światło.
Kontrast neonów, błysków wystrzałów, zimnych refleksów księżyca i złowrogiej poświaty kryptonitowych wiązek buduje napięcie niemal filmowe. Ostatnia scena – brutalna, tragiczna, emocjonalnie wyniszczająca – to wizualny nokaut.
Bryce, przekonany o własnej niezniszczalności, zostaje trafiony kryptonitową wiązką. Moment jego śmierci (bo wszystko na to wskazuje) – z majaczącym w tle cyrkiem i przerażającą wizją Zanni – to jedna z najmocniejszych scen tego runu. To cios zarówno dla czytelnika, jak i dla Dicka.
Idealny punkt wejścia
Co ważne, Nightwing #131 świetnie sprawdza się jako punkt startowy dla nowych czytelników. Nowy wątek, klarowne streszczenie kluczowych wydarzeń, wyraźne konflikty i mocny cliffhanger – to komiks, który daje satysfakcję tu i teraz, a jednocześnie rozbudza apetyt na więcej.
Można czytać klasyczne historie jak Nightwing: Year One czy run Chuck Dixon, by docenić kontekst, ale ten numer działa samodzielnie.
Czy protegowany z mocami to dobry pomysł?
Nie wszyscy będą zachwyceni koncepcją „piąto-wymiarowego Shazama” w świecie Nightwinga. Część fanów ceni Bat-rodzinę właśnie za jej „ludzkość”. Gdy protegowany ma niemal boskie moce, zmienia to dynamikę.
Gdyby Bryce był zwykłym, straumatyzowanym chłopcem bez mocy – historia mogłaby mieć bardziej kameralny, psychologiczny wymiar. Z drugiej strony, właśnie to napięcie między nadludzką potęgą a dziecięcą niedojrzałością nadaje tej opowieści dramatyzmu.
Podsumowanie
Nightwing #131 to zeszyt niemal kompletny. Ma świetne dialogi, błyskotliwy humor, realne stawki, widowiskową akcję i emocjonalny finał. Jeśli to zapowiedź tego, dokąd zmierza run Wattersa i Soya, to przed nami może być jeden z najmocniejszych okresów w historii serii.
To numer, który zostawia czytelnika jednocześnie usatysfakcjonowanego i głodnego kolejnych stron.
Plusy
+Kapitalne dialogi, zwłaszcza Killer Motha+Świetne tempo akcji i mocny cliffhanger
+Rewelacyjna oprawa graficzna – światło, dynamika, kadrowanie
+Emocjonalna stawka w relacji Dick–Bryce
+Dobry punkt wejścia dla nowych czytelników
Minusy
– Nadmiar równoległych wątków chwilami rozmywa główną oś fabularną
– Dick bywa zbyt reaktywny w swojej własnej serii
– Koncepcja protegowanego z potężnymi mocami może nie przypaść do gustu fanom „przyziemnej” Bat-rodziny
Ocena: 8.5/10
Jedna z najmocniejszych odsłon tego runu – ekscytująca, dramatyczna i wizualnie olśniewająca. Jeśli kolejne numery dowiozą obietnicę z ostatniej strony, możemy być świadkami naprawdę wyjątkowej historii Nightwinga.


