Recenzja Komiksu: Supergirl: Woman of Tomorrow – DC Compact Comics – kosmiczna ballada o stracie, gniewie i nadziei
W świecie współczesnych komiksów superbohaterskich niewiele tytułów zdobyło tak jednomyślną falę zachwytów jak Supergirl: Woman of Tomorrow autorstwa Tom King z ilustracjami Bilquis Evely i kolorami Matheus Lopes. To komiks, który dla jednych jest arcydziełem redefiniującym postać Kary Zor-El, dla innych pretensjonalnym popisem stylu. Prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś pośrodku. Jedno jest pewne: to historia, która nie pozostawia obojętnym.
Kosmiczna odyseja zemsty… która nie jest o zemście
Na pierwszy rzut oka fabuła jest prosta. Ruthye Marye Knoll młoda dziewczynka, której ojciec zostaje zamordowany przez bezwzględnego Krema wyrusza w międzygwiezdną podróż, by dokonać zemsty. Na jej drodze staje Supergirl, obchodząca swoje urodziny w samotności, pod czerwonym słońcem, gdzie może poczuć smak alkoholu i choć na chwilę zapomnieć o bólu.
To jednak tylko punkt wyjścia.
King konstruuje narrację w formie retrospekcji historię opowiada starsza Ruthye, wspominająca czas spędzony z Karą. Ten zabieg sprawia, że nie śledzimy Supergirl bezpośrednio. Patrzymy na nią oczami dziecka, które widzi w niej niemal boską postać. To odważna decyzja narracyjna dla jednych fascynująca, dla innych frustrująca.
Bo rzeczywiście, jeśli ktoś oczekiwał klasycznej, bezpośredniej opowieści o Karze, może poczuć się zdezorientowany. To nie jest historia „o Supergirl” w tradycyjnym sensie. To historia o tym, czym Supergirl jest dla innych.
Emocjonalny ciężar – komiks, który potrafi złamać serce
Brigandzi niszczący kolejne planety. Wojna. Śmierć. Żałoba. Strata.
Ten komiks potrafi uderzyć. I robi to skutecznie.
Sposób, w jaki King pisze o cierpieniu, jest bezpośredni, niemal bezlitosny. Zniszczenia całych światów nie są tylko tłem czujemy je. Boli nas to, co spotyka niewinnych ludzi. To jedna z tych historii, przy których naprawdę można się wzruszyć. Jeśli komiks potrafi wywołać łzy, znaczy, że został napisany dobrze.
Najbardziej inspirujący jest jednak portret Kary jako bohaterki, która mimo własnej traumy pozostaje pełna empatii. Jest uprzejma wobec obcych. Pomaga planetom, które odwiedza. Uczy Ruthye, że sprawiedliwość to nie to samo co zemsta. Że zabijanie nigdy nie przynosi ukojenia. Że ból po stracie bliskiej osoby nie znika.
Jednocześnie świat ją nieustannie nie docenia. Wciąż traktowana jest jak „kuzynka Supermana”. A przecież w tej historii jawi się jako istota niemal boska potężna, majestatyczna, niezłomna.
Kara i Krypton – emocje, których mogło być więcej
Jednym z częstszych zarzutów wobec tej historii jest to, że mogła mocniej zagłębić się w emocje Kary związane z utratą Kryptona i wszystkich bliskich. Owszem, te wątki są obecne i gdy już się pojawiają, są absolutnie druzgocące ale nie dominują narracji.
Czy to wada?
Trochę tak. Można było pójść głębiej. Kara w wielu momentach wydaje się zdystansowana, niemal chłodna. Z drugiej strony to także świadomy wybór twórczy. Kara przeżyła zagładę świata jako nastolatka. Ona pamięta Krypton. Jej trauma jest starsza i cięższa niż trauma Clarka. Może właśnie dlatego nie epatuje emocjami one są w niej zakopane głęboko.
Kontrowersyjne zakończenie – zdrada czy konsekwencja?
Największe podziały budzi finał.
Supergirl przez większość historii budowana jest jako bohaterka dająca drugą szansę. Ktoś, kto wierzy, że nawet najgorsi mogą się zmienić. Tym bardziej szokujące jest to, co robi w ostatnich stronach.
Pozwala Kremowi uwierzyć, że może otrzymać przebaczenie. Daje mu nadzieję. A potem go zabija.
Czy to okrutniejsze niż natychmiastowa śmierć? Dla wielu tak.
Można interpretować to jako moralną hipokryzję. Można też zobaczyć w tym brutalną lekcję dla Ruthye: świat nie zawsze pozwala na idealizm. Czasem sprawiedliwość nie jest czysta. Czasem bohater musi wziąć na siebie ciężar decyzji, które go złamią.
To zakończenie nie jest komfortowe. I być może właśnie o to chodziło.
Sztuka na poziomie galerii
Jeśli jest coś, co niemal wszyscy czytelnicy uznają bezdyskusyjnie, to warstwa wizualna.
Ilustracje Evely są absolutnie oszałamiające. Każdy panel wygląda jak obraz. Galaktyczne pejzaże, obce rasy, szalone planety to kosmiczne fantasy w najczystszej formie. Supergirl rysowana jest jak bóstwo potężna, świetlista, niemal mityczna.
Kolory Lopesa podbijają emocje każdej sceny. Bezradność Kary, jej smutek, jej gniew wszystko to czuć w samej palecie barw.
To komiks, którego strony można by wyrywać i wieszać na ścianie.
Narracja – geniusz czy pretensjonalność?
Styl Kinga jest bardzo charakterystyczny. Żółte ramki narracyjne dominują niemal każdą stronę. Ruthye mówi językiem stylizowanym, archaicznym, przesadnie literackim. Dla jednych to baśniowa poetyka nadająca historii epicki wymiar. Dla innych popis, który momentami ociera się o pretensjonalność.
Nie da się ukryć: to nie jest komiks dla każdego. Jeśli ktoś nie lubi dużej ilości tekstu w zeszycie superbohaterskim, może czuć zmęczenie.
Ale jednocześnie trudno odmówić temu stylowi konsekwencji i odwagi.
Rozwój postaci – prawdziwe serce historii
Relacja Kary i Ruthye to największy sukces tej serii. Ruthye nie jest jednorazowym narzędziem fabularnym. Jest pełnoprawną bohaterką, która uczy się, dojrzewa i zmienia.
Kara widzi w niej siebie małą dziewczynkę próbującą być większą, niż jest naprawdę. To bolesna paralela, zwłaszcza w kontekście jej relacji z ojcem Zor-Elem i utraty Kryptona.
To historia o dwóch tragicznych duszach przemierzających galaktykę w poszukiwaniu sprawiedliwości i uczących się, że zemsta nie jest odpowiedzią.
Czy to arcydzieło?
To fenomenalny komiks. Ale nie bez wad.
Momentami fabuła wydaje się bardziej reinterpretacją genezy Supergirl niż zwartą opowieścią. Narracja bywa ciężka. Zakończenie kontrowersyjne.
A jednak im dłużej ta historia „pracuje” w głowie, tym bardziej się ją docenia.
Podsumowanie
Supergirl: Woman of Tomorrow to emocjonalna, pięknie zilustrowana, ambitna kosmiczna baśń o stracie, moralności i dojrzewaniu. To nie jest klasyczny komiks superbohaterski. To bardziej mit. Ballada. Opowieść drogi.
Nie jest perfekcyjna. Ale jest wyjątkowa.
Plusy
+Absolutnie przepiękna oprawa graficzna+Silny, emocjonalny wydźwięk
+Świetna relacja Kary i Ruthye
+Dojrzałe podejście do tematu zemsty i sprawiedliwości
+Odważna, literacka narracja
Minusy
-Momentami zbyt pretensjonalny styl narracji-Ograniczony wgląd w wewnętrzne emocje Kary
-Kontrowersyjne zakończenie, które nie każdemu przypadnie do gustu
Ocena końcowa: 8.5/10
Piękna, bolesna i ambitna opowieść, która zachwyca wizualnie i porusza emocjonalnie – nawet jeśli nie zawsze trafia idealnie w ton.


