Recenzja komiksu: One World Under Doom #6 – Gdy idealizm staje się tyranią
Po pięciu numerach napięcia, dyskusji ideologicznych i zaskakująco spójnej wizji alternatywnego świata pod rządami Doctora Dooma, szósty zeszyt One World Under Doom miał być punktem kulminacyjnym całego wydarzenia. Scenarzysta Ryan North, znany z inteligentnych, często humorystycznych narracji, tym razem próbował sięgnąć po coś znacznie poważniejszego moralno-polityczne starcie pomiędzy dwoma największymi umysłami Marvela: Reedem Richardsem i Victorem Von Doomem. I choć początek zapowiadał naprawdę ambitną opowieść o władzy, etyce i granicach wolności, końcówka numeru niestety potwierdza, że North nie do końca był gotowy, by poprowadzić wydarzenie tej skali.
Świetny koncept, który rozjeżdża się na ostatnich stronach
Pierwsze strony numeru to prawdziwy popis scenopisarski. Pomysł na debatę telewizyjną pomiędzy Reedem a Doomem, transmitowaną na żywo do całego świata, to złoto narracyjne. Wreszcie dostajemy coś innego niż kolejną bezmyślną bitwę superludzi. North pozwala obu stronom wypowiedzieć swoje racje i robi to z dużą świadomością, jak bardzo współczesny czytelnik jest zmęczony moralną czarno-białością Marvela. Doom jest tu nie tylko antagonistą jest alternatywnym modelem przywództwa, który faktycznie działa. Świat pod jego panowaniem jest bezpieczniejszy, czystszy i lepiej zarządzany. Ludzie nie głodują, konflikty wygasły. A herosi? W tym świecie to oni wyglądają na reakcyjnych buntowników, którzy walczą nie o dobro ludzkości, lecz o utrzymanie własnej moralnej narracji.
To wszystko tworzy fascynującą dynamikę aż do momentu, gdy North (lub redakcja Marvela) przypomina sobie, że Doom musi być złoczyńcą. I tu właśnie zaczyna się problem.
Zdrada postaci i redakcyjny kompromis
Decyzja, by nagle ujawnić, że Doom poświęca własnych obywateli Latverii w imię mocy i utrzymania systemu, to nie tylko niepotrzebny zwrot fabularny to pełnoprawna zdrada charakteru jednej z najbardziej złożonych postaci w historii Marvela. Victor Von Doom może być despotą, egomanem i demiurgiem, ale jego relacja z narodem Latverii zawsze była fundamentem jego motywacji. To człowiek, który widzi siebie jako mesjasza swojego ludu, nie tyrana. North burzy ten fundament, by wymusić klasyczny, moralnie „czysty” finał, w którym Avengers znów mogą stanąć po „właściwej stronie historii”.
W efekcie fabuła, która przez pięć numerów prowokowała pytania o moralność władzy, wolną wolę i społeczną odpowiedzialność superbohaterów, w finale wpada w dokładnie ten sam schemat, który wcześniej tak odważnie krytykowała. Zostajemy z banałem: Doom był zły cały czas, a herosi mieli rację, bo... są herosami. To bezpieczne, redakcyjnie wygodne rozwiązanie, które psuje cały potencjał tej historii.
Reed kontra Doom – pojedynek idei i słabo napisany finał
Najlepszym elementem numeru pozostaje wspomniana debaty na żywo. To sekwencja napisana z niezwykłą energią Doom z łatwością rozkłada Reeda na łopatki, zadając pytania, które czytelnicy Marvela stawiają od lat: dlaczego herosi nie wykorzystują swojego geniuszu i zasobów, by naprawdę ulepszyć świat? Dlaczego Reed, Tony Stark czy T’Challa wciąż pozwalają, by ludzie cierpieli, skoro mogliby to zakończyć jednym wynalazkiem?
W tych momentach North błyszczy to czysta, filozoficzna rozrywka ubrana w kontekst superhero. Niestety, gdy wchodzi emocjonalny finał, narracja traci balans. Reed zostaje sprowadzony do niezdarnego intelektualisty, pozbawionego empatii, co jest sporym przekłamaniem jego dotychczasowej postaci. To z kolei sprawia, że cały pojedynek idei traci ciężar wygląda jak ustawiony teatrzyk, którego wynik z góry ustalono.
Doom był zbyt dobry, więc musiał stać się zły
Największym grzechem One World Under Doom #6 jest to, że zbyt dobrze pisało się Dooma. Przez większą część serii czytelnik kibicuje mu, nie dlatego, że jest złym geniuszem, ale dlatego, że jego argumenty mają sens. Jego świat działa. Marvel jednak nie może pozwolić, by racja była po stronie tyrana, więc musi w pewnym momencie „przestawić zwrotnicę” i zrobić z Dooma potwora. Tyle że ten zwrot jest sztuczny, nieuzasadniony i brutalnie wymuszony.
Cała seria była blisko stworzenia czegoś wyjątkowego moralnego eksperymentu, który zmusiłby fanów do zastanowienia się, czy bohaterowie naprawdę zasługują na status zbawców. Niestety, numer #6 cofa ten eksperyment do bezpiecznego status quo.
Rysunki i ton
Wizualnie komiks nadal prezentuje się świetnie. Ilustracje są dynamiczne, paleta barw doskonale oddaje ton poszczególnych scen chłodne, stalowe odcienie podczas debat, ciepłe i złowieszcze barwy w finale. Narracyjnie wciąż widać pewną dyscyplinę numer jest dobrze skonstruowany, rytmicznie prowadzony i czyta się go przyjemnie. Niestety, emocjonalny ciężar scen finałowych nie ma już tej samej siły, bo decyzje fabularne nie wynikają z postaci, lecz z redakcyjnego nakazu.
Podsumowanie
One World Under Doom #6 to świetnie napisana pierwsza połowa i kompletnie rozczarowująca końcówka. Ryan North pokazał, że potrafi pisać ambitne, politycznie zniuansowane historie, ale też że Marvel nie pozwala mu doprowadzić ich do konsekwentnego końca. Zamiast naprawdę trudnego pytania o naturę bohaterstwa, dostajemy znajomy morał o złu absolutnym i triumfie status quo.
To nie jest zły komiks czyta się go dobrze, ma doskonałe tempo i kilka genialnych dialogów, ale zostawia uczucie zmarnowanego potencjału.
Plusy:
+Świetny pomysł na debatę Doom vs Reed+Doskonałe dialogi i filozoficzne napięcie w pierwszej połowie
+Mocna krytyka moralnej hipokryzji herosów Marvela
+Dobra konstrukcja numeru i atrakcyjna warstwa wizualna
Minusy:
-Nielogiczny i wymuszony zwrot fabularny-Charakter Dooma zniszczony dla utrzymania status quo
-Reed napisany w sposób niezgodny z jego charakterem
-Spadek jakości dialogów i emocji w finale
-Stracony potencjał na naprawdę wyjątkową historię
Ocena końcowa: 6.5 / 10


