Recenzja komiksu: Uncanny X-Men #21 – Serce na właściwym miejscu, historia w rozsypce

 



Uncanny X-Men #21 zamyka aktualny etap serii Gail Simone tuż przed nadchodzącym Age of Revelation i jak nietrudno się domyślić jest to finał, który więcej podsumowuje problemy całego runu, niż faktycznie je rozwiązuje. To numer jednocześnie ciepły emocjonalnie i boleśnie chaotyczny. Taki, który chce opowiedzieć historię o odnalezionej rodzinie, akceptacji i traumie, ale robi to w sposób pospieszny, niespójny i pozbawiony ciężaru, jaki te tematy naprawdę wymagają.

To komiks, którego ambicje są większe niż jego struktura.

Seria, która zapomniała, czym miała być

Największym problemem Uncanny X-Men w tym wydaniu jest to, że… nie ma jasno określonej osi fabularnej. Czytając #21, trudno nie odnieść wrażenia, że ta seria to zbiór porzuconych pomysłów, które nigdy nie doczekały się satysfakcjonującej puenty.

Przypomnijmy:

    -mieliśmy przepowiednię, że jedno z czwórki Outliers zniszczy świat wątek porzucony,

    -smoka, Oko Agamotto i klątwę Gambita bez konsekwencji,


    -więzienie dla mutantów w dawnej szkole niby istnieje, ale już nikogo nie obchodzi,


    -mutantyczne czyściec, którego mieli strzec bohaterowie anulowane,


    -seryjnego mordercę mutantów,

   
    -
mafijnego egzekutora z bagien i przeszłością Gambita,

    -Deathdreama, który istnieje bardziej jako koncept niż postać.

To wszystko było, ale niewiele z tego jest w tym numerze. Uncanny X-Men #21 boleśnie obnaża fakt, że ta seria nigdy nie znalazła sposobu, by połączyć swoje pomysły w jedną, spójną opowieść. Zamiast tego skakała od wątku do wątku, licząc, że emocjonalny ciężar „rodziny z wyboru” przykryje narracyjny bałagan.

Nie przykrył.

Ransom to najlepszy element, ale niewystarczający

Jeśli coś w tym zeszycie naprawdę działa, to Ransom. Ostatnie dwa numery zrobiły więcej dla tej postaci niż wcześniejszych dziewiętnaście razem wziętych i to zarówno zaleta, jak i zarzut.

Historia chłopca porwanego jako dziecko, którego ojciec odmówił zapłacenia okupu, jest brutalna i skuteczna. Trauma, poczucie odrzucenia, gniew i próba zbudowania własnej tożsamości to wątki, które mają sens i rezonują z tematyką X-Men. W #21 dostajemy więcej kontekstu: ojciec jako zimny, wyrachowany człowiek, który nigdy nie traktował syna jak kogoś wartego uratowania.

Problem w tym, że:

    -konflikt Ransoma z ojcem jest rozwiązany zbyt szybko,

    -emocjonalna kulminacja ledwo wybrzmiewa,

    -nowy antagonista (Proctor) pojawia się i znika szybciej, niż zdąży zrobić wrażenie.

Proctor, rzekomy lider kultu gotowego oddać za niego życie, okazuje się przeciwnikiem bez charyzmy, bez ideologii i bez realnego zagrożenia. Jego „armia” znika, bo… Wolverine każe jej odejść. To nie finał to narracyjne wyparowanie.

Wolverine ciągnie ten tytuł na plecach

Nie oszukujmy się: gdyby nie Logan, ten zeszyt w ogóle nie sprawiałby wrażenia komiksu X-Men. Wolverine jest wszędzie: jako mentor, emocjonalny punkt odniesienia, katalizator scen i jedyna postać, która ma wyraźną tożsamość.

Niestety nawet tutaj coś zgrzyta. Jego niemal bezwarunkowy zachwyt nad Ransomem wydaje się niewypracowany i wymuszony, jakby scenariusz próbował sztucznie podnieść rangę Outliers, zamiast pozwolić im na naturalny rozwój.

Jest jednak jedna scena, która absolutnie trafia w punkt: konwent komiksowy i rozmowa Logana z kobietą cosplayującą Jean Grey. To krótki, cichy moment, pełen melancholii i ciepła najlepszy fragment zeszytu i dowód, że Gail Simone potrafi pisać emocje, gdy nie próbuje jednocześnie żonglować pięcioma wątkami naraz.

Outliers, sympatyczni ale niegotowi

Paradoksalnie, po 21 numerach można powiedzieć jedno: Outliers są w porządku… ale nie jako centrum serii. Ransom i Deathdream mają potencjał, reszta nadal jest ledwie naszkicowana. Brakuje im wyrazistych mocy, relacji między sobą i momentów, które faktycznie definiowałyby ich jako drużynę.

To drużyna, która powinna była:

    -albo dostać własny, mniejszy tytuł,

    -albo pozostać w tle klasycznych X-Men.

Zamiast tego zostali wrzuceni na pierwszy plan, zanim scenariusz wiedział, co z nimi zrobić.

Warstwa wizualna czyli jasny punkt

Rysunki są bezsprzecznie jedną z najmocniejszych stron zeszytu. Luciano Vecchio (i wcześniej Marquez) nadają serii chłodny, elegancki wygląd, dobrze pasujący do melancholijnego tonu historii. Kadry są czytelne, emocje wyraźne, a komiks wizualnie „niesie się” znacznie lepiej niż jego scenariusz.

Podsumowanie

Uncanny X-Men #21 to numer, który dobrze podsumowuje emocjonalne intencje serii, ale jednocześnie obnaża jej narracyjną pustkę. To historia o odnajdywaniu rodziny tam, gdzie wcześniej była tylko samotność i jako taka działa na poziomie ideowym. Problem w tym, że cała droga prowadząca do tego punktu była chaotyczna, niespójna i pełna porzuconych obietnic.

To nie jest zły komiks. Ale to też nie jest finał, który coś naprawdę domyka.

Plusy

+solidne rozwinięcie postaci Ransoma

+mocna, ciepła scena Logana na konwencie


+bardzo dobra oprawa graficzna

+jasny, czytelny motyw odnalezionej rodziny

Minusy

-chaotyczna, pospieszna narracja

-antagonista bez wyrazu i zagrożenia


-porzucone wątki z wcześniejszych numerów


-Outliers wciąż niedostatecznie rozwinięci

-emocjonalne kulminacje bez odpowiedniej wagi

Ocena końcowa: 6/10

Uncanny X-Men #21 to przyzwoite, momentami wzruszające zamknięcie etapu, które jednak nie rekompensuje chaosu całej serii. Pozostaje nadzieja, że nadchodzący reset faktycznie pozwoli X-Men wrócić na właściwe tory.