Recenzja Komiksu: The Amazing Spider-Man #12
Po bardzo solidnym numerze #11, dwunasty zeszyt The Amazing Spider-Man idzie za ciosem i udowadnia, że obecny kierunek serii ma ręce i nogi. To odcinek wyraźnie „rozwojowy”, skupiony głównie na Ziemi i na postaci Normana Osborna w roli Spider-Mana, ale sposób prowadzenia narracji, tempo oraz charakterystyka bohaterów sprawiają, że czyta się go z dużą przyjemnością. Nie jest to numer przełomowy ani spektakularny jak kosmiczne wątki Petera, ale jest bardzo solidny i emocjonalnie angażujący.
Zaczynamy od JJJ, teorii spiskowych i Hellgate’a
Komiks otwiera scena pozornie humorystyczna: J. Jonah Jameson prowadzi podcast i rozmawia z… teoretykiem spiskowym, którego poznaliśmy na początku runu, w czasie debiutu Hellgate’a. Całość utrzymana jest w lekkim, niemal satyrycznym tonie, z klasycznym Jonahowym „krzyczeniem”, ale pod tą komediową warstwą kryje się coś więcej.
Wzmianki o promieniowaniu kosmicznym i dziwnych energiach nie brzmią jak czysty żart – raczej jak celowo rozsiane okruszki fabularne, które w przyszłości pomogą wyjaśnić, jak dokładnie Hellgate wysłał Spider-Mana w kosmos. To drobny, ale bardzo fajny przykład długofalowego planowania historii.
Norman Osborn jako Spider-Man – sedno numeru
Główna część zeszytu koncentruje się na Norman Osbornie, który – w kostiumie Spider-Mana – patroluje miasto i próbuje robić „to, co zrobiłby Peter”. I właśnie tu ASM #12 błyszczy najmocniej.
Joe Kelly daje nam dużo wewnętrznego monologu Normana, który porównuje swoje dawne podwójne życie jako Green Goblin z nową rolą Spider-Mana. I ku zaskoczeniu samego Osborna, bycie bohaterem okazuje się… trudniejsze. Nie ze względu na walki, lecz przez:
-
bezinteresowność wymagającą ciągłych poświęceń
-
niewdzięczność ludzi
-
fakt, że prawdziwy bohater często widzi, jak zło unika kary przez pieniądze, władzę lub wpływy
Norman zaczyna rozumieć, jak ogromnym ciężarem było życie Petera Parkera – i że on sam nigdy wcześniej nie musiał mierzyć się z czymś podobnym.
Trauma i dzieciństwo Normana
Te rozważania prowadzą do wglądu w jego przeszłość: toksyczne, przemocowe dzieciństwo i emocjonalne fundamenty, które ukształtowały Osborna jako człowieka i potwora. To nie jest próba usprawiedliwienia jego zbrodni, ale pokazanie, że jego obecna walka o „bycie dobrym” jest czymś realnym i trudnym.
Goblin kontra Goblin – Norman i Kingsley
Na chwilę na scenę wraca Roderick Kingsley (Hobgoblin) i choć ich konfrontacja jest krótka, spełnia ważną funkcję: buduje poczucie ciągłości świata i zapowiada potencjalną rywalizację „Goblin kontra Goblin”.
Duży plus dla Kelly’ego za to, że nie traktuje Hobgoblina jak jednorazowego złoczyńcy. Dzięki temu uniwersum wydaje się żywe, a wydarzenia – istotne.
Spider-rodzina kontra fałszywy Spider-Man
Kulminacją numeru jest konfrontacja Normana z innymi Pająkami:
Miles Morales, Silk, Araña, Spider-Boy i Ghost-Spider.
I tutaj należy się ogromna pochwała za najlepsze możliwe rozwiązanie tego konfliktu. Zamiast taniego schematu „bijemy się, bo myślimy, że Peter oszalał”, pająki od razu wiedzą, że to nie on. Peter jest jednym z nich – znają go, ufają mu i wiedzą, że nigdy nie działałby w ten sposób.
Ten impostor „nie ma prawa psuć jego imienia”.
Walka i rysunki Ed McGuinnessa
Do walki oczywiście dochodzi (okładka nie pozostawiała złudzeń), a Ed McGuinness dostarcza kapitalną oprawę wizualną. Jego styl świetnie balansuje między dynamiką, czytelnością i lekko kreskówkowym klimatem, który idealnie pasuje do Spider-Mana.
Norman, mimo że jest w mniejszości, pokazuje, dlaczego od lat jest jednym z najgroźniejszych wrogów Pająka. Pada tu fenomenalna kwestia:
„Choć jestem w mniejszości, moi przeciwnicy nie zdają sobie sprawy, że walczyłem z Pająkami przez całe życie.”
To zdanie robi ogromne wrażenie i doskonale oddaje doświadczenie Osborna.
Gwen Stacy jako katalizator
Punktem zwrotnym jest pojawienie się Ghost-Spider. Widok Gwen (jakiejkolwiek Gwen) wywołuje u Normana falę wspomnień i uświadamia mu, że w ferworze walki atakuje… dzieci. To moment, w którym Norman się zatrzymuje i po raz pierwszy naprawdę kwestionuje, czy jest zdolny do dobra, o którym mówił Peter.
I co bardzo ważne: inni bohaterowie mu na to pozwalają. Gdy widzą, że przeciwnik przestaje walczyć, słuchają. To drobny detal, ale pięknie pokazuje, jak powinni zachowywać się bohaterowie.
Ben Reilly i wątki poboczne
Ben Reilly pojawia się w krótkich scenach związanych z jego „nowym życiem” i pracą technologiczną. Na razie trudno ocenić sens tych fragmentów – wyglądają jak setup pod przyszłe konsekwencje, zwłaszcza jeśli Ben zacznie psuć swoje relacje zawodowe.
Numer kończy się kolejnym dobrym cliffhangerem, a liczne wątki są zręcznie otwierane i zamykane bez utraty tempa.
Podsumowanie
The Amazing Spider-Man #12 to bardzo dobry numer rozwojowy, skupiony na psychologii Normana Osborna i konsekwencjach nieobecności Petera Parkera. Choć brakuje tu kosmicznego rozmachu poprzedniego zeszytu, historia na Ziemi wyraźnie nabiera tempa i głębi.
Nie wszystko działa idealnie – momentami dialog mógłby być ostrzejszy, a niektóre wątki są ledwie zarysowane – ale całość jest spójna, emocjonalna i zwyczajnie wciągająca. To jeden z tych zeszytów, które sprawiają, że naprawdę chcesz przeczytać kolejny.
Plusy:
-
Świetna charakterystyka Normana Osborna
-
Bardzo dobrze poprowadzona konfrontacja Spider-rodziny
-
Mocne dialogi i introspekcja
-
Fantastyczna oprawa graficzna Ed McGuinnessa
-
Dobre tempo i wyraźny rozwój wątków
Minusy:
-
Ben Reilly wciąż zbyt marginalny
-
Kilka dialogów brzmi zbyt sztucznie
-
Brak kosmicznego wątku Petera może rozczarować część czytelników
-
To bardziej „budowanie” niż kulminacja


