Recenzja komiksu: Uncanny X-Men #20 – Trauma zamiast heroizmu




 Uncanny X-Men #20 to numer, który bardzo dobrze oddaje wszystkie największe zalety i jednocześnie najbardziej frustrujące wady obecnego runu Gail Simone. To zeszyt ambitny tematycznie, skupiony na psychologii, traumie i tożsamości, ale jednocześnie taki, który momentami gubi sens narracyjny, logikę świata i klarowność dialogów. W efekcie dostajemy historię nierówną: miejscami poruszającą, a miejscami męczącą i wręcz irytującą.

To komiks, który chce powiedzieć coś ważnego pytanie tylko, czy robi to w odpowiedni sposób i czy w ogóle pamięta jeszcze, że opowiada o X-Menach, a nie grupowej terapii prowadzonej w kostiumach.

Outliers – im więcej wiemy, tym gorzej?

Na papierze Outliers to ciekawy pomysł: nowa grupa młodych mutantów, zranionych przez świat, próbujących znaleźć swoje miejsce u boku legendarnych X-Men. Problem polega na tym, że im więcej dowiadujemy się o tych postaciach, tym trudniej ich polubić.

Numer #20 skupia się na Valentinie Correi, znanym jako Ransom, który wreszcie odsłania swoją przeszłość. Jego historia jest brutalna: porzucony przez własną rodzinę, która odmówiła zapłacenia okupu porywaczom, przeżył nie tylko zdradę najbliższych, ale także późniejsze prześladowania jako mutant. Sam fakt, że przyjął kryptonim „Ransom”, nadaje jego postaci wyjątkowo gorzki wydźwięk to rzadki przykład superbohaterskiego pseudonimu, który nie wynika z mocy, lecz z traumy.

I to działa. To jeden z najmocniejszych emocjonalnie momentów zeszytu.

Problem w tym, że Simone zdaje się obsesyjnie skupiona na cierpieniu. Każda nowa postać to kolejny zestaw neuroz, lęków i problemów psychicznych. Zaczyna się rodzić pytanie:
czy naprawdę nie możemy dostać bohatera, który jest po prostu… inspirujący?
Kogoś, kto ma życie względnie poukładane, kto jest wzorem, a nie tylko lustrem dla kolejnych traum czytelnika?

W pewnym momencie łatwiej empatyzować z antagonistami przynajmniej oni mają spójną estetykę, wyraźną więź i poczucie celu.

Dialogi, które brzmią mądrze… ale nic nie mówią

Jednym z największych problemów Uncanny X-Men #20 są dialogi. Szczególnie rozmowa pomiędzy Loganem, Gambitem i Ransomem jest zwyczajnie niezrozumiała. To filozoficzne, mgliste wymiany zdań, które zajmują wiele stron, ale nie prowadzą do żadnych konkretnych wniosków.

Zachowanie Gambita w tej scenie również budzi konsternację znika w trakcie rozmowy bez powodu, by chwilę później wrócić jako szofer. To drobiazg, ale symboliczny dla całego zeszytu: rzeczy dzieją się nie dlatego, że wynikają z logiki postaci, ale dlatego, że scenariusz tego potrzebuje.

Profesor Simone wchodzi na scenę

Gail Simone ma tendencję do moralizowania i niestety numer #20 jest tego idealnym przykładem. Scena śniadaniowa, w której Rogue wygłasza niemal wykład o dykcji i traumach (przy okazji projektując własne doświadczenia na inną postać), wypada sztucznie i nachalnie.

Co gorsza, dotyczy to wątku, który wcześniej… właściwie nie istniał. Jitter nigdy nie była wyraźnie definiowana przez swoją wadę wymowy, więc nagłe uczynienie z tego tematu osi sceny sprawia wrażenie, jakby Simone wyciągała problem z kapelusza, tylko po to, by móc go skomentować.

Obecność Nightcrawlera w tej scenie również jest kompletnie zbędna nie bierze udziału w rozmowie, nie wnosi perspektywy, po prostu tam jest.

Otwarcie numeru – chaos i pytania bez odpowiedzi

Początek zeszytu, z udziałem Warden Ellis i Monet, rodzi więcej pytań niż odpowiedzi.

    -Jakim cudem więźniowie mogą zachowywać się w ten sposób bez konsekwencji?

    -Dlaczego Monet tak łatwo pozbywa się obroży, skoro wcześniej dała się uwięzić?

    -Czemu wraca do celi i nadal udaje więźniarkę?

    -I serio… cela podpisana jako „Inmate X”?

Zamiast budować atmosferę grozy i opresji, więzienie wypada groteskowo i niespójnie.

Ransom – dobra postać w złej strukturze

Mimo wszystkich wad, łuk fabularny Ransoma jest naprawdę obiecujący. Jego wewnętrzny monolog, chwiejny stan psychiczny i konflikt między tym, kim się staje, a tym, skąd pochodzi, są dobrze napisane. Szczególnie interesujący jest wątek jego mutantofobicznej rodziny oraz nowo wprowadzonego kultu.

Problemem pozostają jego moce. Czarna dziura zamiast serca? Absorpcja energii kinetycznej? Powiązania między tymi elementami są słabo wytłumaczone, co tylko pogłębia poczucie chaosu wokół Outliers jako grupy.

Warstwa wizualna – chłodna i nierówna

Luciano Vecchio to utalentowany artysta, a jego rysunki mają zimny, niemal „trójwymiarowy” charakter, który dobrze pasuje do tej historii. Niestety, kobiece twarze są zbyt podobne, a proporcje zwłaszcza usta bywają wyraźnie przesadzone.

To nie dyskwalifikuje zeszytu wizualnie, ale bywa rozpraszające.

Czy ta seria w ogóle zmierza dokądkolwiek?

To pytanie coraz trudniej ignorować. Uncanny X-Men w tym wydaniu sprawiają wrażenie tytułu, który nie ma jasno określonego celu. Dużo rozmów, dużo emocji, dużo traumy ale niewiele fabularnego postępu czy poczucia stawki.

Jeśli ktoś nadal czyta ten tytuł, często robi to dla konkretnych postaci (jak Gambit), a nie dlatego, że historia sama w sobie wciąga.

Podsumowanie

Uncanny X-Men #20 to zeszyt z ambicjami i kilkoma naprawdę mocnymi momentami zwłaszcza jeśli chodzi o postać Ransoma. Niestety, ton kaznodziejski, chaotyczne dialogi i brak spójności fabularnej sprawiają, że lektura bywa męcząca.

To dobry komiks, ale zdecydowanie nie taki, jakim mógłby być.

Plusy:

+Poruszająca i brutalna geneza Ransoma

+Ciekawy konflikt tożsamości i pochodzenia

+Solidna, chłodna oprawa graficzna

+Ambicje tematyczne i psychologiczna głębia

Minusy:

-Przegadane, niezrozumiałe dialogi

-Nachalny, moralizatorski ton

-Niespójności logiczne (więzienie, Monet)

-Brak wyraźnego kierunku całej serii

-Niedostatecznie wyjaśnione moce Outliers

Ocena końcowa: 7 / 10

Uncanny X-Men #20 pokazuje, że Gail Simone ma coś do powiedzenia szkoda tylko, że zapomina czasem, jak opowiadać historię, a nie wykład.