Recenzja komiksu: Ultimate Wolverine #10 – Dobre momenty, zmarnowany potencjał


 Ultimate Wolverine #10 to zeszyt, który bardzo dobrze podsumowuje cały dotychczasowy problem tej serii. To komiks dobry, momentami nawet bliski bardzo dobrego, ale ostatecznie znów niedosyt wygrywa z satysfakcją. Czyta się go przyjemnie, są tu sceny, które naprawdę działają, pojawiają się ciekawe pomysły i solidne emocje a mimo to po zamknięciu numeru zostaje to samo pytanie co zawsze: dlaczego to nie jest lepsze, skoro absolutnie mogłoby takie być?

Zmiana rysownika – zmiana tonu

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest zmiana stylu graficznego. Alessandro Cappuccio ustępuje miejsca Linsowi i… to nie jest jednoznaczna decyzja. Z jednej strony Lins bardzo dobrze pasuje do tego, czym Ultimate Wolverine stał się teraz bardziej pulpową, akcyjną, klasycznie superbohaterską opowieścią. Z drugiej jednak, wyraźnie czuć brak chłodu i surowości, które Cappuccio wnosił do wcześniejszych zeszytów, idealnie oddając emocjonalny dystans i brutalność Logana.

Momentami Wolverine nie wygląda jak Wolverine, a mimika twarzy potrafi wytrącić z immersji. Nie jest to zła kreska, ale jest nierówna i mniej charakterystyczna. Paradoksalnie jednak  narracyjnie ten zeszyt działa lepiej niż #9.

Logan i Sabretooth – najlepszy element numeru

Największą siłą Ultimate Wolverine #10 jest relacja Logana z Sabretoothem. Ich rozmowa, bardziej osobista, spokojniejsza, to dokładnie to, czego tej serii brakowało od początku. W tym uniwersum są przyjaciółmi i to czuć. Jest chemia, jest wspólna historia, jest cień tragedii.

Szkoda tylko, że takich momentów jest tak mało. To kolejny przykład na to, że seria wie, co powinna robić, ale robi to za rzadko.

Miłym zaskoczeniem jest również obecność Artiego i Leecha. Ich rola jest niewielka, ale znacząca to przypomnienie, że ta historia dotyczy realnych ludzi (i dzieci), a nie tylko politycznych układanek i brutalnych bitew. Pozostaje tylko trzymać kciuki, żeby wyszli z tego cało.

Omega Red – zmarnowana okazja

Starcie Logana z Omegą Redem (Arkady Rossovichem) zapowiada się naprawdę dobrze. Omega Red nigdy nie był najciekawszym wrogiem Wolverine’a, ale jego „wampiryczny” gimmick wysysanie życia jako kontrast dla czynnika leczniczego Logana zawsze miał potencjał.

Problem?
Ten komiks praktycznie nie pokazuje walki.

Dostajemy setup, dostajemy nową broń (więcej o niej za chwilę), a potem… przeskok do konsekwencji. Kulminacja dzieje się poza kadrem. To decyzja kompletnie niezrozumiała, szczególnie w serii zatytułowanej Ultimate Wolverine, która i tak cierpi na niedobór widowiskowych starć w porównaniu do innych tytułów Ultimate.

Gdybyśmy dostali kilka stron prawdziwej, brutalnej walki nawet kosztem skrócenia politycznych dialogów odbiór zeszytu byłby zupełnie inny.

Rasputinowie – nadal kartonowi antagoniści

Piotr i Illyana Rasputinowie pozostają największym problemem tej serii. Sam pomysł uczynienia ich antagonistami nie jest zły, ale wykonanie… praktycznie nie istnieje.

Na ten moment:

-nie wiemy, jaki jest ten Piotr, skoro dorastał z Mikhailiem, a nie bez niego jak w 616

-nie wiemy, jak ta Illyana trafiła do Limbo i co ją ukształtowało

-nie znamy ich relacji między sobą

-nie znamy ich relacji z Rossovichem

Są jedynie jednowymiarowymi archetypami „złych rosyjskich dyktatorów”. Dla porównania: inni członkowie Rady w tym uniwersum wyraźnie różnią się od swoich odpowiedników z głównego Marvela. Magik natomiast… jest po prostu „zła”. I to wszystko.

Jedna porządna rozmowa między rodzeństwem mogłaby zmienić bardzo wiele. Niestety, w #10 znów jej brakuje.

Demon Sword i powiązania z Hi No Kuni

Najciekawszym nowym elementem fabularnym jest Demon Sword broń zdolna zabijać istoty z czynnikiem leczniczym, a według plotek nawet przecinać dusze. To motyw czysto komiksowy, ale bardzo efektowny.

Świetnym dodatkiem jest strona dokumentalna na końcu zeszytu oraz wzmianka prasowa o zaginionym artefakcie. Wreszcie czuć realne połączenia z Hi No Kuni i szerszym Ultimate Universe. Tego typu worldbuilding to dokładnie to, czego seria potrzebuje więcej.

Polityczne tło i detale uniwersum

Na plus należy zaliczyć również scenę z Dyrektorem Rossovichem, który komentuje „fałszywe wiadomości” publikowane przez The Paper (J. Jonah Jameson i Ben Parker). To drobny detal, ale bardzo doceniam takie połączenia z Ultimate Spider-Manem zwłaszcza że wcześniejsze zeszyty faktycznie sugerowały tę zależność wizualnie.

Takie smaczki sprawiają, że świat Ultimate naprawdę żyje.

Zakończenie – mocne, ale spóźnione

Finał zeszytu to solidne, bezpośrednie „F U” rzucone w stronę Colossusa, które buduje napięcie na przyszłość. Problem w tym, że przy całym wcześniejszym marnowaniu czasu i niedopowiedzianych wątkach, trudno odczuwać pełną ekscytację.

To znów przypadek, gdzie seria robi dobry ruch… o dwa numery za późno.

Podsumowanie

Ultimate Wolverine #10 to numer lepszy od poprzedniego, z wyraźnymi mocnymi punktami relacją Logana i Sabretootha, ciekawym artefaktem, lepszym rytmem emocjonalnym. Ale jednocześnie to kolejny zeszyt, który nie wykorzystuje swojego potencjału, gubi akcję poza kadrem i wciąż nie potrafi nadać antagonistom prawdziwej głębi.

To komiks, który mógłby być świetny.
Jest tylko… w porządku.

Plusy:

+Bardzo dobra chemia Logana i Sabretootha

+Ciekawy koncept Demon Sword

+Lepsze momenty charakterowe niż w #9

+Sensowne powiązania z innymi seriami Ultimate

+Solidne napięcie w finale

Minusy:

-Walka z Omegą Redem praktycznie poza kadrem

-Zmarnowany potencjał Rasputinów

-Nierówna, momentami słaba mimika postaci

-Zbyt dużo setupu, za mało konkretnej akcji

-Historia wciąż kręci się w kółko

Ocena końcowa: 7 / 10

Ultimate Wolverine #10 pokazuje, że ta seria ma serce i dobre pomysły, ale wciąż nie potrafi ich w pełni wykorzystać. To krok w dobrą stronę tylko szkoda, że tak ostrożny.