Recenzja komiksu: Wolverine #13 – Stylowy przystanek bez konsekwencji, ale z pazurem
Wolverine #13 to klasyczny przykład zeszytu, który nie zmienia absolutnie nic, a mimo to potrafi sprawić ogromną frajdę. To numer wyraźnie przejściowy, w praktyce jednorazowy one-shot, który bardziej przypomina opowieść „przy ognisku” z życia Logana niż element większej układanki fabularnej. I wiecie co? To działa. Może nie idealnie, ale zdecydowanie lepiej niż większość „wielkich”, rzekomo przełomowych wątków tej serii.
Logan kontra zorganizowana przestępczość – zawsze dobry pomysł
Wolverine wplątany w porachunki mafijne to motyw stary jak świat, ale nadal niezwykle skuteczny. Wolverine #13 czerpie garściami z estetyki kina gangsterskiego – czuć tu lekką nostalgię za „Ojcem chrzestnym”, klasycznymi historiami o honorze, zdradzie i fałszywym pokoju utrzymywanym przez brutalnych ludzi.
Fabuła jest prosta: Logan zostaje wciągnięty w konflikt związany z przestępczym półświatkiem i próbuje – na swój sposób – doprowadzić do rozwiązania sprawy. Bez wielkich twistów, bez epickich stawek, bez zapowiedzi końca świata. To kammeralne, lokalne, bardzo „wolverinowe”.
I to właśnie największa siła tego zeszytu.
Najlepszy numer serii? Niewygodna prawda
Trudno nie zgodzić się z opinią, że to najlepszy zeszyt całego runu – i to jest jednocześnie komplement oraz akt oskarżenia. Przez większość serii próbowano budować „ważne”, długie historie, które miały znaczenie… a kończyły się niczym. Tutaj autor najwyraźniej odpuścił presję konsekwencji i po prostu napisał historię, bo miał na nią pomysł.
Efekt? Zeszyt, który:
-czyta się szybko i przyjemnie,-nie męczy ekspozycją,
-nie udaje, że zmieni status quo.
To paradoksalnie o wiele uczciwsze niż pięciozeszytowe arki rozciągane tylko po to, by nabić sprzedaż.
Ahmed: zabawa konceptem, nie ciężar „wielkiej historii”
Ahmed ewidentnie dobrze się tu bawi. To czuć w dialogach, w dynamice scen, w tym jak Logan reaguje na otoczenie. Ten zeszyt spokojnie mógłby funkcjonować jako historia z przeszłości – „jeden z wielu przypadków Wolverine’a”.
Jednocześnie trudno nie zauważyć, że:
-otwarcie i zamknięcie historii jest bardzo abrupt,-wątek nawiązuje do niedawnego Giant-Size X-Men, który dla wielu czytelników był raczej rozczarowaniem,
-całość nie niesie żadnych realnych konsekwencji.
To filler. Ale filler napisany z sercem.
Antagonista i napięcie – tu zabrakło pazura
Największym problemem zeszytu jest brak prawdziwego napięcia. Konfrontacja z Falnuganem aż prosi się o:
-więcej tła,-wyjaśnienie jego motywacji,
-zarysowanie, dlaczego ten „pokój” jest dla niego tak ważny.
Zamiast tego dostajemy poprawną, ale dość płaską opozycję wobec Logana.
Dodatkowo, jak w wielu współczesnych historiach z Wolverine’em, czynnik regeneracji odbiera walkom część dramaturgii. Logan jest dziś tak potężny, że trudno uwierzyć, by jakiekolwiek starcie mogło pójść nie po jego myśli. Oglądamy brutalność, ale nie odczuwamy zagrożenia.
Kurt Wagner – zawsze obok, zawsze bez celu
Smutnym stałym elementem tej serii pozostaje Nightcrawler. Kurt jest obecny, ale znów nie ma realnej funkcji fabularnej. Jest „tym, który tam jest”, emocjonalnym wsparciem Logana, ale bez własnego wątku czy znaczenia. To rozczarowujące, zwłaszcza dla postaci o tak ogromnym potencjale.
Coccolo – urodzony, by rysować Wolverine’a
Jeśli coś wynosi ten zeszyt ponad przeciętność, to sztuka Martína Coccolo. Ten człowiek absolutnie rozumie Wolverine’a:
-mimika,-postura,
-brutalność ruchu,
-fizyczność ciała niszczonego i regenerującego się na oczach czytelnika.
Scena Logana dochodzącego do siebie po ataku miotaczem ognia to czyste złoto – brutalne, efektowne i wizualnie niezapomniane. Coccolo nie tylko rysuje Wolverine’a – on go czuje.
Podsumowanie
Wolverine #13 to zeszyt, który nie jest ważny, ale jest bardzo przyjemny. To historia, która mogłaby istnieć jako samodzielny epizod gdzieś pomiędzy większymi wydarzeniami – i dokładnie w tej roli sprawdza się najlepiej.
Nie jest to komiks ambitny, nie jest przełomowy, ale pokazuje coś istotnego: czasem mniej znaczy więcej. Gdyby cała seria miała więcej takich numerów, a mniej „wielkich” łuków bez finału, odbiór tego runu byłby znacznie lepszy.
Plusy
+świetna, dynamiczna historia typu one-shot+Wolverine w świecie zorganizowanej przestępczości
+kapitalne rysunki Coccolo
+dobre tempo i czytelna narracja
+przyjemna, klasyczna atmosfera
Minusy
-brak realnych konsekwencji fabularnych-słabo zarysowany antagonista
-niskie napięcie w starciach
-zmarnowany potencjał Nightcrawlera
Ocena końcowa: 7.5/10
Solidny, stylowy i bardzo „wolverinowy” zeszyt, który udowadnia, że nie każda historia musi zmieniać świat, by była warta przeczytania.


