Recenzja komiksu: Ultimate Wolverine #9 – kiedy mrok przestaje być pomysłem, a zaczyna być problemem
Ultimate Wolverine #9 to zeszyt, który dla wielu czytelników i niestety także dla mnie staje się momentem granicznym. Takim, w którym po raz pierwszy naprawdę pojawia się pytanie: „co my właściwie robimy z tą serią?”. Nie dlatego, że komiks nagle jest katastrofalnie zły, ale dlatego, że coraz wyraźniej widać jego koncepcyjne wypalenie, brak jasno określonego celu i narracyjne decyzje, które bardziej przypominają „klasyczny Ultimate” z początku lat 2000… i nie jest to komplement.
Cyclops Sentinel – symbol problemu
Najbardziej kontrowersyjnym (i niestety reprezentatywnym) elementem numeru dziewiątego jest Sentinel z głową Cyclopsa strzelającą laserami. To moment, w którym seria oficjalnie przekracza granicę odważnej reinterpretacji w stronę bezrefleksyjnej edgelordowości.
Idea sama w sobie jest czytelna:
The Maker przeniósł klasycznych X-Menów do Europy i niemal wszyscy są martwi, giną lub są poddawani eksperymentom. Problem w tym, że użycie Scotta Summersa w tej roli jest kompletnie zbędne i narracyjnie, i tematycznie. Tym bardziej, że w tej samej linii czasowej istnieje już Natsu, postać wyraźnie zaprojektowana jako echo Cyclopsa (łącznie z imieniem, symboliką i nawet pozą w poprzednim numerze Ultimate X-Men).
Efekt? Scott Summers sprowadzony zostaje do rekwizytu, pretekstu, by Sentinel mógł strzelać laserami. To niczego nie pogłębia, niczego nie komentuje i niczego nie rozwija. Jest tylko szokiem dla szoku. Klasyczny „Ultimate shock value”, który kiedyś miał sens, a dziś wygląda po prostu na kreatywne pójście na skróty.
Struktura miesięczna, która się rozsypała
Na papierze Ultimate Wolverine miał bardzo mocny koncept formalny gdzie każdy zeszyt = jeden miesiąc w nowym Ultimate Universe.
To działało. Ba, działało świetnie zwłaszcza w porównaniu z Ultimate Spider-Manem, który sprytnie uzupełniał luki fabularne retrospekcjami. Problem w tym, że od kilku numerów ten rytm przestał cokolwiek znaczyć.
Numery 7–9 sprawiają wrażenie luźnych epizodów:
„Dobra, teraz jesteśmy tu. Teraz jedziemy tam. Coś się wydarzyło. Idziemy dalej.”
Nie ma już wyraźnej osi fabularnej. Głównym celem powinno być uwolnienie mutantów, zwłaszcza odkąd Logan wrócił do akcji i skończyła się faza „Zimowego Żołnierza”. Tymczasem ten wątek… po prostu się rozmywa. Seria nie wie, czy chce być historią drogi, dystopią polityczną, czy brutalnym remixem znanych postaci.
Rozciąganie serii – i to czuć
Coraz wyraźniej widać, że historia została sztucznie wydłużona. Początkowo Ultimate Wolverine miał mieć konkretny, zamknięty plan, który następnie został rozszerzony – najpewniej z powodów wydawniczych, sprzedażowych albo pod kątem przyszłych eventów (Ultimate Endgame, pojawienie się The Makera itd.).
To niemal zawsze zły znak.
Bo zamiast prowadzić historię do jasno określonego finału, twórcy zaczynają improwizować, a konsekwencje fabularne przestają istnieć. I dokładnie to czujemy w numerze #9.
Edgy nie znaczy interesujące
Jest w tym zeszycie sporo brutalności, mroku i „złych wersji” znanych bohaterów. Problem polega na tym, że na tym się to kończy.
Zły Piotr. Zła Illyana.
Świetnie ale gdzie są relacje?
Jak wygląda ich dynamika w świecie, w którym Mikhail zawsze był obecny?
Czy Piotr nadal jest nadopiekuńczym bratem?
Czy oni w ogóle ze sobą rozmawiają?
Nie dostajemy nawet jednej sceny spokojnej rozmowy. Wszystko jest funkcjonalne, szybkie, nastawione na akcję. A to boli, bo potencjał świata jest ogromny, tylko kompletnie niewykorzystany.
Logan… nadal jest tylko Loganem
Największy paradoks?
To komiks zatytułowany Ultimate Wolverine, a Logan jest tu najmniej „ultimate”.
To wciąż ten sam, znany Wolverine: milczący, brutalny, zmęczony światem
Nie dowiadujemy się o nim nic nowego. Nie rozwija się. Nie konfrontuje swoich decyzji z konsekwencjami. W porównaniu z tym, co robi Peach Momoko w Ultimate X-Men (gdzie redefinicja jest prawdziwa, a nie kosmetyczna), ta seria nie reinventuje koła, tylko jedzie po tej samej, dawno znanej trasie.
Sztuka, która zasługuje na lepszy scenariusz
Trzeba to powiedzieć jasno: rysunki Cappuccio są znakomite. Dynamiczne, czytelne, brutalne tam, gdzie trzeba. Akcja wygląda świetnie. Kadrowanie i choreografia walk stoją na bardzo wysokim poziomie.
Tylko że… to wszystko zaczyna wyglądać jak zmarnowany potencjał. Bo co z tego, że scena akcji jest efektowna, skoro nie niesie za sobą emocji ani znaczenia?
Podsumowanie
Ultimate Wolverine #9 to numer, który boleśnie obnaża problemy całej serii.
Brak jasno określonego celu, powtarzalna edgelordowa estetyka, niewykorzystane pomysły i decyzje fabularne, które szokują, ale nie budują nic trwałego.
To wciąż komiks technicznie kompetentny, momentami efektowny, ale coraz bardziej pusty w środku. A to szczególnie boli, bo na początku był jednym z najmocniejszych tytułów nowego Ultimate Universe.
Plusy:
+Świetna, konsekwentnie wysoka jakość rysunków+Dynamiczne i czytelne sceny akcji
+Ciekawe pomysły na papierze
+Spójna, mroczna atmosfera
Minusy:
-Cyclops Sentinel jako kompletnie zbędny twist-Brak wyraźnego celu fabularnego
-Edgy zamiast pogłębienia postaci
-Niewykorzystany potencjał świata i relacji
-Logan bez realnego rozwoju
Ocena końcowa: 6 / 10
Ultimate Wolverine #9 to moment, w którym seria zaczyna tracić tożsamość. Wciąż da się ją czytać, ale coraz trudniej uwierzyć, że zmierza dokądkolwiek konkretnego. Jeśli kolejne numery nie odzyskają narracyjnego kierunku, nawet najlepsza oprawa graficzna nie wystarczy, by utrzymać zainteresowanie.


