Recenzja komiksu: „Red Hood #1” - Nowy początek, stare błędy
W świecie komiksów DC niewiele postaci wzbudza tyle emocji co Jason Todd, znany szerzej jako Red Hood. Każda jego nowa solowa seria to szansa, by ponownie zdefiniować tę skomplikowaną, rozdwojoną osobowość – buntownika, mściciela i syna, którego Batman nigdy nie potrafił w pełni zrozumieć. „Red Hood #1” miał być początkiem czegoś świeżego: nowej ery dla Jasona, odciętej od mroku Gotham, nowego miasta i co równie ważne nowej dynamiki z Heleną Bertinelli, czyli Huntress. Niestety, choć pomysł brzmiał obiecująco, wykonanie okazało się mocno nierówne
.Nowe miasto, stary chaos
Akcja „Red Hood #1” rozgrywa się w Nowym Angelique fikcyjnym odpowiedniku Nowego Orleanu. Miasto tętni gorącem, dekadencją i zepsuciem, a autor(ka) próbuje zbudować na tej scenerii neo-noirowy klimat. Niestety, już od pierwszych stron widać, że pisarstwo nie dorasta do ambicji świata, który próbuje kreować. Dialogi brzmią sztucznie, momentami wręcz komicznie, a nadużywanie metafor przypomina raczej szkolne wypracowanie niż profesjonalny scenariusz komiksowy.
Tak, Nowe Angelique jest „gorące”. Tak, „płonie grzechem”. Ale ile razy można czytać te same opisy, zanim zaczynają przypominać parodię? Autor(ka) wyraźnie próbuje tworzyć poetycką narrację, lecz efekt jest odwrotny zamiast nastrojowego noir, otrzymujemy pretensjonalny melodramat.
Red Hood – między buntem a autoparodią
Jason Todd od zawsze był postacią tragiczną. Zmartwychwstały Robin, rozdarty między pragnieniem zemsty a tęsknotą za akceptacją. Niestety, w tym wydaniu Red Hood traci większość swojej złożoności. Zamiast charyzmatycznego antybohatera dostajemy postać jednowymiarową, zamkniętą w stereotypie „mrocznego, brutalnego faceta, który ma problemy z gniewem”.
Owszem, komiks próbuje wprowadzić elementy jego wewnętrznej narracji i paradoksalnie to właśnie te fragmenty są najlepsze. Wewnętrzne monologi Jasona mają w sobie ciężar emocjonalny, momentami przypominają klimat „Under the Red Hood”. Gdyby całość była napisana w tym tonie, mielibyśmy do czynienia z naprawdę solidnym początkiem.
Niestety, ten potencjał tonie w nienaturalnych dialogach i przesadzonym patosie. Każde słowo wypowiedziane przez Jasona brzmi tak, jakby miało być cytatem z taniego filmu akcji z lat 90.
Huntress czyli ofiara złego researchu
Największym rozczarowaniem „Red Hood #1” jest jednak sposób, w jaki potraktowano Helenę Bertinelli. Huntress od lat uchodzi za jedną z najciekawszych kobiet w Bat-rodzinie: bezkompromisową, inteligentną, tragiczną, a jednocześnie silną i moralnie niejednoznaczną. Tutaj natomiast Helena zostaje sprowadzona do stereotypu femme fatale płaskiej, przerysowanej i kompletnie pozbawionej charakteru.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor(ka) nigdy wcześniej nie czytała żadnego komiksu z Huntress. Jej zachowania, ton, nawet sposób mówienia nic nie pasuje do znanej nam Heleny. W jednej scenie flirtuje z Jasonem w sposób niemal karykaturalny, by w następnej wyskoczyć przez okno bez żadnego sensownego powodu. Dialog między nimi brzmi jak scenariusz fanfika napisanego w pośpiechu.
To szczególnie bolesne, bo duet Red Hood/Huntress miał ogromny potencjał. Oboje są outsiderami, oboje mają skomplikowaną relację z Bat-rodziną, oboje balansują na granicy prawa i moralności. Ich sojusz mógł być fascynującym studium relacji dwóch wykluczonych. Zamiast tego, dostaliśmy relację, która nie ma w sobie ani chemii, ani emocji.
Scenariusz – noir bez duszy
Podstawowy wątek fabularny tajemnicza seria morderstw i samobójstw wśród policjantów oraz enigmatyczna organizacja zwana „Wieżą” zapowiada się ciekawie. Jest w tym potencjał na kryminał z elementami horroru psychologicznego. Problem w tym, że konstrukcja narracyjna nie wspiera tego pomysłu. Akcja skacze między scenami bez płynności, a tonacja komiksu zmienia się z dramatycznej na absurdalnie komiczną w ciągu jednej strony.
Dla nowego czytelnika może to być nawet przystępne świat przedstawiony jest klarowny, zagadka intrygująca, a tempo szybkie. Jednak dla fanów Red Hooda i Huntress całość jest rażąco powierzchowna. To nie ewolucja postaci, lecz ich parodia.
Dialogi – cringe w czystej postaci
Trzeba to powiedzieć wprost: dialogi w „Red Hood #1” są momentami tragiczne.
Złote cytaty w stylu „Powietrze tutaj jest jak ciepła ślina” czy „Policjanci trzymają papiery jak swoje jaja” brzmią jak nieudany pastisz noiru. Czasem można odnieść wrażenie, że autor(ka) sama kpi z własnej historii. Jeśli miało być dojrzale i mrocznie, wyszło sztucznie i pretensjonalnie.
Nie pomaga też to, że Jason i Helena mówią do siebie w sposób kompletnie nieautentyczny każde zdanie brzmi jak kwestia, którą postać wypowiada „dla efektu”, a nie dlatego, że naprawdę coś czuje.
Warstwa wizualna – jedyny prawdziwy ratunek
Na szczęście, tam gdzie zawodzi scenariusz, błyszczy strona graficzna. Ilustracje Jeffreya Spokesa są pełne energii i życia. Sceny akcji są dynamiczne, dobrze zakomponowane i czytelne, kolory świetnie oddają gorący, duszny klimat Nowego Angelique.
Niestety, projekty kostiumów to zupełnie inna historia. Nowy strój Jasona postarza go o dekadę, a redesign Huntress to absolutna pomyłka. Jej kaptur wygląda nijako, a buty przypominają podróbki Yeezy całość sprawia wrażenie cosplayu, a nie stroju superbohaterki.
Dodatkowo, brak tła w wielu panelach daje wrażenie pośpiechu lub niedokończenia. Minimalizm potrafi działać, ale nie wtedy, gdy cały numer wygląda, jakby był renderowany w pustej przestrzeni.
Podsumowanie – dobry pomysł, złe wykonanie
„Red Hood #1” to komiks pełen sprzeczności. Ma w sobie potencjał ciekawy setting, nowy ton, interesującą zagadkę. Ale jego wykonanie zdradza brak zrozumienia bohaterów, o których opowiada. Jason Todd i Helena Bertinelli zasługują na więcej niż bycie figurkami w źle napisanym noirze.
Dla kogoś, kto nie zna ich historii, to może być nawet przyzwoity, klimatyczny kryminał o antybohaterze w nowym mieście. Ale dla fanów tych postaci to zawód.
Plusy:
+Kapitalna oprawa graficzna i dynamiczne sceny akcji+Klimatyczne kolory i ciekawy design Nowego Angelique
+Dobry pomysł na główną intrygę
+Kilka udanych momentów wewnętrznego monologu Jasona
Minusy:
-Słabe, miejscami żenujące dialogi-Kompletny brak znajomości postaci Red Hooda i Huntress
-Helena Bertinelli sprowadzona do karykatury
-Nierówny ton narracji i chaotyczna struktura fabularna
-Fatalne projekty kostiumów
-Styl pisania bardziej przypomina fanfik niż profesjonalny komiks
Ocena końcowa: 5/10


