Recenzja komiksu One World Under Doom #7 – Upadek ambicji i chaos w żelaznej masce

 


Po sześciu numerach wzlotów i upadków, moralnych dylematów i zaskakująco głębokiej wizji świata pod rządami Doctora Dooma, seria One World Under Doom wkracza w fazę finałową. Niestety, zamiast logicznego rozwinięcia, siódmy zeszyt prezentuje wszystko to, czego fani obawiali się po zakończeniu poprzedniej części chaos fabularny, pośpiech, sprzeczne motywacje i fatalne decyzje kreatywne. Ryan North, który jeszcze niedawno był chwalony za umiejętność pisania Dooma jako postaci złożonej i niejednoznacznej, tym razem pogubił się w tonie, rytmie i sensie własnej opowieści.

To ten moment, kiedy naprawdę można powiedzieć: “They had us in the first half.”

Świetny początek, bezładna kontynuacja

Pierwsze numery tego eventu zbudowały atmosferę wielkiego filozoficzno-politycznego konfliktu Dooma jako despoty, który naprawdę przyniósł światu pokój i postęp, kosztem wolności i moralności. Było w tym coś z klasyki Marvela etyczny eksperyment z jasno zarysowanymi stawkami. W #7 tego nie ma. Zastąpiły to chaotyczne bitwy, nieprzemyślane zwroty akcji i zaskakująco płytkie motywacje bohaterów.

North, który wcześniej zbudował napięcie między racją Dooma a hipokryzją herosów, teraz idzie w stronę taniego widowiska. Cała druga połowa numeru to niekończący się festiwal splash page’y i efektownych, ale pustych scen walki. Nie ma tu emocji, nie ma logiki jest tylko wizualny chaos i brak jakiegokolwiek znaczenia dla rozwoju historii.

Doom traci duszę

Największy problem tego numeru to ponownie kompletne wypaczenie postaci Dooma. W ciągu kilku stron Victor Von Doom przechodzi od wizjonera i władcy z żelaznymi zasadami do karykaturalnego tyrana, który niszczy wszystko na swojej drodze, bez planu, bez strategii, bez jakiegokolwiek sensu.

To, co jeszcze w poprzednich częściach wydawało się moralnym dylematem („czy cena pokoju jest zbyt wysoka?”), tutaj zostaje zastąpione czystym, bezrefleksyjnym złem. Doom, który przez lata był symbolem kontroli i intelektualnej wyższości, w tym numerze staje się młotem, który uderza we wszystko, co się rusza. Jego charakter, zbudowany na sprzeczności między ego a troską o własny lud, zostaje sprowadzony do pustego grzmotu.

Trudno nie odnieść wrażenia, że North albo redakcja celowo poświęcili złożoność Dooma, by szybko przywrócić status quo przed finałem. To nie tylko leniwe, ale wręcz obraźliwe dla czytelników, którzy śledzili tę historię w nadziei na coś więcej niż kolejny reset.

Reed Richards, magik z przypadku

Jednym z najbardziej absurdalnych elementów numeru jest wątek Reeda Richarda używającego magii. Tak, magii.
Człowiek nauki, racjonalista do granic obsesji, nagle rzuca zaklęcia jak Doctor Strange bez żadnego wcześniejszego wprowadzenia, bez foreshadowingu, bez kontekstu. To nie tylko narracyjny nonsens, ale także fundamentalne niezrozumienie postaci, które kompletnie burzy wewnętrzną logikę świata Marvela.

Co gorsza, ten zabieg nie prowadzi absolutnie do niczego. Doom bez trudu odpiera atak, Reed niczego się nie uczy, a scena nie ma żadnych konsekwencji fabularnych. To przykład pisania pod efekt, które istnieje tylko po to, by dodać "coś nowego", ale nie wnosi żadnej treści.

Wielka bitwa bez emocji

One World Under Doom #7 to także kolejna ofiara przesytu akcji nad treścią. Walka, w której niemal wszyscy bohaterowie i złoczyńcy łączą siły przeciw Doomowi, brzmi epicko w założeniu, ale na stronie wypada nijako. Brakuje dramaturgii, konsekwencji i czegokolwiek, co mogłoby przypominać emocjonalną stawkę.

Moment, w którym nawet Valeria, ukochana córka Dooma, staje przeciwko niemu, powinien być sercem tego numeru. Zamiast tego jest to jedynie krótka, nieprzekonująca scena, pozbawiona emocjonalnej głębi, która zasługiwała na znacznie lepsze potraktowanie.

Wszystko to sprawia, że numer sprawia wrażenie fillerowego epizodu rozciągniętego, pustego, napisanego tylko po to, by wypełnić miejsce przed finałem.

Ton i tempo – wszystko się sypie

Największą zaletą poprzednich części była spójność tonu między politycznym dramatem, filozoficzną debatą a dramatem osobistym. Tutaj ten balans kompletnie znika.
Tempo narracji skacze jak szalone, sceny są źle montowane, a dialogi tracą rytm. North jakby zapomniał, że jego siłą nie są widowiskowe walki, lecz inteligentne rozmowy i konfrontacje idei.

Artystycznie komiks nadal wygląda dobrze rysunki są solidne, kolory pełne energii ale to tylko wizualna fasada, która nie przykrywa fabularnego chaosu.

Zawiedzione oczekiwania i utracony potencjał

To, co boli najbardziej, to świadomość, że One World Under Doom miało wszystko, by stać się jednym z ciekawszych eventów Marvela ostatnich lat. Początkowe numery zarysowały fascynującą wizję alternatywnego świata i moralnych konfliktów między racją a wolnością. Tymczasem teraz dostajemy coś, co przypomina odrzut z lat 2000 głośne, ale puste widowisko, które zapomina, o czym w ogóle było.

North nie tylko roztrwonił potencjał Dooma, ale także zdradził emocjonalny ciężar całej historii. To, co zaczynało się jako ambitne pytanie o granice władzy, kończy się na prostym schemacie: "Doom zły, bohaterowie dobrzy, wracamy do punktu wyjścia".

Podsumowanie

One World Under Doom #7 to rozczarowujący, chaotyczny i pozbawiony głębi rozdział historii, która zaczynała się z ambicją, a kończy jak każda inna masowa produkcja Marvela.
Zamiast refleksji dostajemy widowisko bez treści. Zamiast moralnego konfliktu pokaz siły bez znaczenia.

To komiks, który nie jest zły w sensie technicznym, ale pusty emocjonalnie, leniwy fabularnie i frustrujący w kontekście wcześniejszych oczekiwań.

Plusy:

+Kilka udanych wizualnie scen (Doom używający mocy mutantów i magii)

+Epicka skala wydarzeń

+Nadal kilka błysków stylu Ryana Northa w dialogach

+Relacja Dooma z Valerią wciąż ma potencjał (choć niewykorzystany)

Minusy:

-Chaos narracyjny i brak emocjonalnej ciągłości

-Doom sprowadzony do jednowymiarowego złoczyńcy

-Reed Richards kompletnie wyjęty z kontekstu i źle napisany

-Przesyt akcji i brak treści

-Finał pozbawiony sensu i konsekwencji

-Poczucie, że cała historia zmierza donikąd

Ocena końcowa: 5 / 10