Recenzja Gry: Wuchang: Fallen Feathers



Rok 2025 to prawdziwe eldorado dla miłośników soulslike’ów. Po doskonałym The First Berserker: Khazan, świeżym DLC Lies of P: Overture i mroczno-kooperacyjnym Elden Ring: Nightreign, studio Leenzee Games dorzuca swoje trzy grosze z debiutanckim Wuchang: Fallen Feathers. Efekt? Gra, która nie tylko udowadnia, że chińskie mitologie to niewyczerpane źródło inspiracji, ale też że świeżość w tym coraz bardziej przewidywalnym gatunku wciąż jest możliwa nawet jeśli wymaga paru potknięć po drodze.

To tytuł, który nie wstydzi się swoich korzeni: FromSoftware jest tutaj patronem duchowym każdego ruchu, każdej melodii i każdej martwej ciszy między bossami. Ale Wuchang nie jest tylko kolejnym klonem Dark Souls to produkcja o własnej tożsamości, zbudowanej na fantastycznym systemie rozwoju postaci, wspaniałym świecie i świetnie zrealizowanym klimacie późnej dynastii Ming.

Między pamięcią a szaleństwem

Nasza protagonistka, Bai Wuchang, budzi się w ciemnej jaskini, owinięta bandażami, z tajemniczą chorobą zwaną The Feathering. Ta zaraza powoli odbiera ludziom wspomnienia i człowieczeństwo, zamieniając ich w groteskowe, ptasie potwory. Jej osobista walka o zachowanie tożsamości przeradza się w podróż przez świat rozdartym przez chorobę, szaleństwo i polityczne intrygi upadającego imperium.

Podobnie jak w Bloodborne czy Sekiro, fabuła jest tu raczej tłem niż przewodnikiem. Większość opowieści kryje się w opisach przedmiotów, architekturze i subtelnych interakcjach z postaciami, które znikają równie nagle, jak się pojawiają. Leenzee Games buduje atmosferę przez niedopowiedzenie ale czasem zbyt mocno polega na chaosie. Po 40 godzinach miałem już problemy z przypomnieniem sobie, kim był konkretny NPC, który wpadł w dialog tylko po to, by po 10 godzinach wrócić bez kontekstu w zupełnie innym miejscu.

Loremaniacy będą jednak w siódmym niebie świat Wuchang kipi od tajemnic, symboli i filozoficznych nawiązań do taoizmu, alchemii i chińskich mitów o przemianie ducha.


Dyscyplina, nie chaos

To, co naprawdę wyróżnia Wuchang: Fallen Feathers, to system walki i rozwoju postaci niezwykle głęboki, elastyczny i zachęcający do eksperymentowania.

Podstawy to klasyka: lekki i ciężki atak, uniki oparte na wyczuciu, stamina, przerwy w rytmie. Ale kluczowe są tu Discipline Skills zdolności powiązane z bronią, które można łączyć z dodatkowymi technikami odblokowywanymi w ogromnym drzewku rozwoju. To nie tylko liczby to sieć wyborów w stylu Final Fantasy X’s Sphere Grid.

Każda broń od masywnego topora po zwinne bliźniacze ostrza ma własną „ścieżkę dyscypliny”, oferującą unikalne kombinacje zdolności. Można w każdej chwili zrespecować postać, bez kosztu. Dzięki temu Wuchang pozwala graczom uczyć się na błędach, a nie kara ich za eksperymenty.

System Skyborn Might dodaje kolejną warstwę ryzyka i nagrody punkty energii uzyskujemy tylko poprzez perfekcyjne uniki lub konkretne kombinacje ataków, a ich wydanie pozwala na potężne czary, buffy i ciosy specjalne. To rozwiązanie, które wymusza agresję i precyzję, zamiast zachowawczego turlania się po arenie.

Niektóre starcia z bossami potrafią być jednak… nierówne. Kilka pierwszych potyczek można przejść niemal bez strat, by potem trafić na ścianę, która wydaje się projektowana przez sadystę po 72 godzinach bez snu. Ta sinusoidalna trudność momentami frustruje choć gdy już uda się zwyciężyć, satysfakcja jest czysta jak kryształ.



Między grozą a poezją

Bossowie w Wuchang to bez wątpienia najmocniejszy punkt gry. Każdy z nich ma unikalny rytm, motyw wizualny i muzyczny. Widać tu inspiracje Sekiro i Furi każda walka przypomina pojedynek, nie tylko test DPS-u. Jeden z późniejszych bossów, groteskowy generał z ptasimi skrzydłami, atakuje w rytmie przypominającym taniec brutalny, ale piękny.

Świat natomiast to cudowna mieszanka realizmu historycznego i fantastyki. Od zapomnianych wiosek zalanych mgłą, przez ruiny świątyń po miejskie zaułki oświetlone tylko płomieniem latarni — wszystko tchnie melancholią i tajemnicą. Każdy zakamarek wydaje się mieć swoje przeznaczenie, a skróty i ścieżki prowadzące do wcześniejszych lokacji przypominają, że Leenzee Games dobrze rozumie filozofię „świata jako labiryntu”.



Piękno zbudowane na Unreal Engine 5

Na Xbox Series X i PC gra wygląda zjawiskowo. Unreal Engine 5 robi tu swoje – miękkie oświetlenie, realistyczna mgła i cudownie zaprojektowane modele postaci sprawiają, że to jeden z najładniejszych soulslike’ów ostatnich lat. Styl artystyczny czerpie garściami z malarstwa epoki Ming – barwy są przytłumione, ale pełne symboliki.

Nie obyło się jednak bez technicznych problemów. Sporadyczne spadki animacji i artefakty przy teleportacji między lokacjami mogą wybić z imersji. Wersja PC oferuje tryby 30/40/60 fps i opcję odblokowania limitu klatek, ale w zamian potrafi serwować rekonstrukcję obrazu niskiej jakości, szczególnie podczas dynamicznych walk.

Za to muzyka to czyste złoto. Eteryczne dźwięki guzhengu przeplatane chóralnymi wokalami, dramatyczne crescendo podczas boss fightów, a na końcu pełnowymiarowy utwór wokalny w finale, który wywołuje ciarki. To soundtrack, który zostaje w głowie długo po napisach końcowych.



Kiedy walczysz z samą sobą

Unikalnym pomysłem Wuchang jest mechanika Madness miernik szaleństwa, który rośnie z każdą śmiercią lub morderstwem niewinnych NPC. Wraz z jego wzrostem Wuchang zyskuje potężne buffy, ale i staje się coraz bardziej niebezpieczna dla siebie. Po przekroczeniu granicy, z poprzedniego miejsca śmierci może narodzić się jej „wewnętrzny demon” walka z samą sobą, która przypomina zmagania z cieniem z NieR: Automata.

To nie tylko genialny system gameplayowy, ale też metafora choroby Feathering piękny przykład, jak mechanika może wzmacniać narrację.

Leenzee Games wchodzi do ligi mistrzów

Wuchang: Fallen Feathers to niesamowicie ambitny debiut, który mimo kilku potknięć technicznych i drobnych problemów z narracją, dostarcza jednego z najbardziej angażujących doświadczeń w gatunku od czasów Lies of P.

To gra, która nie chce zadowolić każdego. Wymaga cierpliwości, uwagi i gotowości do nauki ale kiedy dasz jej szansę, odwdzięcza się emocjonalną głębią i mechanikami, które naprawdę rozwijają formułę soulslike’a.

Nie jest idealna. Ale jej serce bije mocno, a skrzydła mimo kilku potarganych piór niosą ją wysoko.

PLUSY

+Znakomite i głębokie systemy walki oraz rozwoju postaci

+Przepiękna oprawa wizualna i artystyczna (UE5 robi robotę)

+Fenomenalny soundtrack i świetne udźwiękowienie (szczególnie chińska wersja językowa)

+Interesujący świat i mitologia inspirowana epoką Ming

+Mechanika Madness ,genialne połączenie fabuły i rozgrywki

+Swoboda w tworzeniu i zmienianiu buildów

MINUSY

-Nierówny poziom trudności, szczególnie w połowie gry

-Zbyt chaotyczne tempo narracji i słabe rozwinięcie niektórych postaci

-Sporadyczne problemy techniczne (artefakty, spadki FPS)

-Momentami zbyt powtarzalne pułapki i „gotcha moments”

Moja Ocena: 8.5/10


MÓJ GAMEPLAY: