Recenzja komiksu: One World Under Doom #5 – chaos, polityka i pycha w rytmie błyskawic
Po czterech numerach serii One World Under Doom Marvela, piąty zeszyt miał być momentem przełomowym – tym, który wreszcie nada historii odpowiedni ciężar emocjonalny i filozoficzny. Niestety, chociaż #5 dostarcza kilku intrygujących idei i solidnych momentów charakterologicznych, to znów pada ofiarą tego samego problemu, który nękał większość dotychczasowych odsłon: zabójcze tempo narracji.
To komiks, który desperacko chce być wielką, globalną opowieścią o władzy, wolności i moralności a dostajemy coś, co miejscami przypomina streszczenie całej sagi w telegraficznym skrócie.
Doom jako wybawiciel czy tyran?
Piąty zeszyt po raz pierwszy w pełni eksponuje nowy porządek świata Dooma jako władcę, który naprawdę działa. Widzimy, jak publicznie ratuje świat, jak zdobywa poparcie ludzkości i jak, paradoksalnie, to właśnie jego twarda ręka przynosi pokój, stabilność i bezpieczeństwo. Snyderowski ton (choć to nie Snyder, duchowo czuć podobny klimat) unosi się nad dialogami, które balansują między filozoficzną debatą a moralnym dramatem.
Tony Stark i Thor zostają ustawieni na przeciwnych biegunach ideowych Stark jako sceptyk i futurysta, który dostrzega w rządach Dooma ziarno nadchodzącej katastrofy, oraz Thor jako monarcha, który rozumie ciężar przywództwa i docenia skuteczność rywala. To ciekawa dynamika: dwie postaci o zupełnie różnych temperamentach, a jednak obie mają rację.
Doom działa. Ale czy jego efektywność usprawiedliwia autorytaryzm? Czy świat naprawdę potrzebuje dyktatora, jeśli ten przynosi dobrobyt? Komiks prowokuje do zadawania takich pytań – i to jego najmocniejszy punkt.
Thor – Bóg, który zapomniał, skąd pochodzi?
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów tego zeszytu jest kreacja Thora. Scena, w której mówi „I am not of Midgard”, to moment, który wzbudził niemałe oburzenie wśród fanów. Bo jak to – syn samej Ziemi, syn Odyna, twierdzący, że nie jest częścią Midgardu? Brzmi jak zaprzeczenie samego rdzenia jego tożsamości.
Jednak po głębszym zastanowieniu można to czytać inaczej. Thor w tym wydaniu nie jest oderwany od swoich korzeni – raczej próbuje spojrzeć na świat z perspektywy władcy, nie śmiertelnika. Zrozumiał, czym jest odpowiedzialność za królestwo, a obserwując Dooma, widzi w nim odbicie siebie samego. To nie ślepe poparcie, to rozpoznanie wrogiego brata w idei, kogoś, kto jak on dźwiga ciężar świata.
Tempo – największy wróg tej historii
Trudno nie zauważyć, że One World Under Doom #5 cierpi na kompresję fabularną, która zabija potencjał. Wątki, które mogłyby być rozwijane przez dwa, trzy zeszyty, zostają zamknięte w kilku stronach. Dostajemy jedną stronę walki, jedną stronę “posprzątania” i kilka stron dialogu, które powinny rozciągnąć się na cały akt.
Ta historia ma rozmach i wizję, które mogłyby wypełnić pełną serię 12–15 zeszytów, ale ktoś zdecydował, że dostaniemy wszystko „na szybko”. Efekt? Niesamowite pomysły toną w zbyt dużym pośpiechu. Czytając ten komiks, ma się wrażenie, jakby oglądało się fanowski film na YouTube – wykonany z pasją, ale ograniczony czasem i budżetem.
Warstwa wizualna – Doom w całej swojej chwale
Na szczęście od strony graficznej zeszyt prezentuje się naprawdę dobrze. Rysunki są szczegółowe, dynamiczne, a sam Doom wygląda absolutnie majestatycznie – monumentalny, niemal boski. To wizualny punkt odniesienia dla całego uniwersum, a artysta świetnie balansuje pomiędzy surowym realizmem a komiksową ekspresją.
Świetne są też kadry przedstawiające reakcję świata na nowy porządek – ludzie wiwatujący pod portretami Dooma, cienie bohaterów zastanawiających się nad granicą między wolnością a stabilnością. To komiks, który potrafi powiedzieć bardzo wiele samymi obrazami.
Maria Hill i finał – zwiastun resetu
Pojawienie się Marii Hill pod koniec zeszytu to klasyczne marvelowskie zagranie: zwiastun resetu status quo. Wszyscy wiemy, że Doom nie może utrzymać się na tronie na stałe – Marvel prędzej czy później przywróci “normalność”. Jednak wiele będzie zależało od tego, jak to zostanie rozegrane.
Jeśli Doom okaże się po prostu kolejnym złoczyńcą z tajnym planem, to cała idea moralnej dwuznaczności runie jak domek z kart. Ale jeśli jego upadek będzie tragedią postaci, która chciała dobrze, ale przegrała z samą sobą, wtedy One World Under Doom może jeszcze wejść do historii jako jeden z ciekawszych eksperymentów Marvela ostatnich lat.
Podsumowanie
One World Under Doom #5 to komiks pełen ambicji, ciekawych idei i świetnych dialogów, ale też frustracji wynikającej z ograniczonej formy. Doom w roli wybawiciela świata to koncept, który mógłby być fundamentem całej epopei – a dostajemy jego skróconą wersję.
Na szczęście dzięki mocnej stronie wizualnej, filozoficznej głębi i kilku bardzo trafionym scenom (zwłaszcza rozmowom Dooma z Thorem i Tonym) zeszyt broni się jako interesująca, choć nierówna odsłona większej historii.
Ocena: 7.5/10
Plusy:
+ Świetna wizualna prezentacja Dooma – monumentalny, boski, przerażająco charyzmatyczny
+ Ciekawa filozoficzna dyskusja o naturze władzy i moralności
+ Relacja Doom–Thor–Tony to mocny trzon fabularny
+ Kilka znakomitych, symbolicznych scen (szczególnie publiczne “zbawienie” świata przez Dooma)
+ Świetne rysunki i ekspresyjna kolorystyka
Minusy:
- Zabójcze tempo narracji – historia nie ma czasu oddychać
- Skrócone wątki i powierzchowne zakończenia scen
- Kontrowersyjna i momentami niezręczna charakterystyka Thora
- Maria Hill pojawia się znikąd – brak płynnego powiązania z głównym wątkiem

