Recenzja serialu: Splinter Cell: Deathwatch – powrót legendy w nowym świetle
Po ponad dekadzie nieobecności Sam Fisher powraca choć nie w grze, a w formie animowanego serialu Netflixa. Splinter Cell: Deathwatch to tytuł, który już przed premierą wzbudzał emocje: jedni obawiali się „netflixowego odświeżenia” kultowej marki, inni liczyli na duchowy spadkobierca Chaos Theory. Prawda, jak to często bywa, leży gdzieś pośrodku. I choć serial nie jest wolny od wad, to bez wątpienia zasługuje na uwagę szczególnie dla fanów szpiegowskich historii i dobrze skonstruowanej akcji.
Historia, która ma puls
Fabuła Deathwatch rozpoczyna się od pozornie rutynowej misji nowej agentki Trzeciego Echelonu Zinnii McKenny, która szybko zostaje wciągnięta w międzynarodową intrygę obejmującą sabotaż, politykę energetyczną i cyberwojnę. W obliczu rosnącego chaosu zrekrutowana zostaje legenda emerytowany Sam Fisher. To już nie ten sam człowiek z lat świetności: bardziej zmęczony, nieco złamany, ale wciąż o krok przed każdym przeciwnikiem.
Choć historia nie wywraca gatunku do góry nogami, to broni się solidnym tempem, dobrze napisanymi dialogami i co najważniejsze wiarygodnymi motywacjami postaci. Nie ma tu zbędnej „woke narracji”, której wielu widzów się obawiało; jest natomiast próba osadzenia Splinter Cella w realiach współczesnej Europy, z wątkami Nord Stream 2, napięciami między Polską a Niemcami i tłem geopolitycznym, które brzmi zaskakująco autentycznie.
Nowi bohaterowie, stary duch
Największym ryzykiem Deathwatch było wprowadzenie nowej protagonistki. McKenna to nie kalkę Fishera jest bardziej impulsywna, mniej doświadczona, ale z biegiem odcinków zyskuje głębię i autentyczność. To idealny kontrast dla zmęczonego życiem Sama, który wreszcie nie jest tylko „niezniszczalnym cieniem”, a człowiekiem, który płaci za lata w służbie.
Twórcy doskonale uchwycili temat przemijania Fisher wciąż potrafi być groźny, ale nie jest już tytanem, którym był kiedyś. Widać jego ograniczenia, wiek, a nawet lęki. Ta „kruchość” czyni go bardziej ludzkim niż kiedykolwiek wcześniej. Z kolei McKenna, mimo że jest zupełnym przeciwieństwem jego metodycznego stylu, świetnie wpisuje się w DNA serii.
Styl i animacja
Sceptycy mogli się obawiać stylu graficznego przypominającego nieco amerykańskie animacje akcji z ostatnich dwóch dekad ale efekt końcowy pozytywnie zaskakuje. Ruch postaci jest płynny, sceny walki są czytelne i dynamiczne, a oświetlenie i gra cieni robią robotę, szczególnie w momentach, gdy Fisher wraca do swojego naturalnego środowiska – mroku.
Nie jest to poziom anime z Japonii czy chińskich produkcji CGI, ale Deathwatch to krok we właściwym kierunku dla zachodniej animacji: dojrzały ton, poważna tematyka, wyważony humor i brak prób przypodobania się wszystkim naraz. A, co ważne pies przeżywa. I za to należą się dodatkowe punkty.
Klimat i ton
Serial świetnie balansuje między dramatem a akcją. Jest tu miejsce na emocje, brutalność (choć momentami można żałować, że nie poszli o krok dalej), a nawet kilka autoironicznych żartów rodem z klasycznego Splinter Cella. Dźwięk gogli NVG i ciche eliminacje wciąż budzą dreszcze nostalgii.
Niektórych może rozczarować mniejszy nacisk na „czysty stealth”. Twórcy zamiast tego postawili na szpiegowski thriller z elementami taktyki i cyberintrygi. To świadoma decyzja i w moim odczuciu trafna. Ośmioodcinkowy serial w stylu Chaos Theory byłby zbyt hermetyczny, a Deathwatch dzięki zmianie formuły zyskuje na tempie i uniwersalności.
Podsumowanie
Splinter Cell: Deathwatch to udany powrót marki, który potrafi pogodzić fanów starej szkoły z nowym pokoleniem widzów. Nie jest to dzieło idealne momentami brakuje mu emocjonalnej głębi, a niektóre postaci (jak Anna Grímsdóttir) są potraktowane zbyt powierzchownie ale to wciąż kawał solidnej rozrywki z szacunkiem do oryginału.
Nie rozumiem fali negatywnych ocen może to kwestia oczekiwań wobec „świętej marki”, a może po prostu niechęć do zmian. Ale jedno jest pewne: Deathwatch przypomina, że animacja może być równie dojrzała, emocjonująca i intensywna jak najlepsze filmy akcji.
Plusy:
+Świetny powrót Sama Fishera+Nowa bohaterka McKenna to udany i wiarygodny kontrapunkt
+Mocna, konsekwentna fabuła z realnymi odniesieniami politycznymi
+Dobrze napisane dialogi i wiarygodne relacje między postaciami
+Klimatyczna muzyka i nostalgiczne dźwięki sprzętu Splinter Cell
+Styl animacji, który mimo obaw działa zaskakująco dobrze
Minusy:
-Momentami zbyt ostrożne podejście do brutalności i mroku-Brak klasycznych sekwencji czystego stealth
-Nieco spłycona rola Anny Grímsdóttir
-Kilka epizodów z lekkim spadkiem tempa
Splinter Cell: Deathwatch to serial, który nie tylko przywraca Samowi Fisherowi należne miejsce w popkulturze, ale też pokazuje, że animacja akcji może być dojrzała, inteligentna i emocjonalna. Nie perfekcyjny, ale zdecydowanie wart obejrzenia.
Ocena końcowa: 8/10

