Recenzja Komiksu: Thunderbolts #2 – Lepszy rytm, gorszy rysunek i zbyt dużo filmowego błysku
Po niezbyt równym debiucie nowej serii, Thunderbolts #2 wraca z energią, która wreszcie pokazuje, że Kelly i Lanzing mają pomysł na tę drużynę. Dialogi są lepsze, postaci nabierają życia, a scenariusz odważniej eksploruje dynamikę między Natashą, Yeleną i Buckym. Szkoda tylko, że wraz z poprawą narracji, warstwa graficzna zalicza zaskakujący spadek jakości.
To nadal komiks rozdarty między własną tożsamością a potrzebą dopasowania się do MCU ale tym razem przynajmniej widać w nim więcej serca i emocji.
Bucky, Natasha i Yelena – Trio, które ratuje tę serię
To właśnie relacje bohaterów są najmocniejszym punktem tego numeru. Wątki między Bucky’m i Natashą, subtelne, pełne napięcia i niedopowiedzeń, przypominają najlepsze momenty z dawnych serii Black Widow czy Winter Soldier. Scenarzyści potrafią zbudować napięcie emocjonalne bez przesadnej melodramy, a kilka scen zwłaszcza tych z ich wspólną infiltracją brzmią autentycznie i zgrabnie balansują między profesjonalizmem a intymnością.
Yelena z kolei ponownie kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jej cynizm, ironia i swoboda kontrastują z chłodną powściągliwością Natashy i przygaszoną powagą Buckiego. To trio naprawdę działa i aż szkoda, że fabuła nie daje im jeszcze pełnego pola do popisu.
Wizualne rozczarowanie po mocnym debiucie
To, co najbardziej dziwi, to spadek jakości oprawy graficznej. Choć za rysunki odpowiada ta sama ekipa, całość wygląda mniej dopracowanie niż w pierwszym numerze. Kadry są jaśniejsze, pełne ostrych świateł, a ekspresja twarzy postaci szczególnie Natashy i Yeleny momentami sprawia wrażenie przesadzonej, wręcz karykaturalnej.
W poprzednim zeszycie, tonacja nocnych scen i przytłumione kolory maskowały pewne niedociągnięcia tutaj, przy dziennych, rozświetlonych sekwencjach, widać je jak na dłoni. Efekt? Wizualnie komiks stracił swój klimat szpiegowskiego thrillera i momentami przypomina kolorową adaptację filmową w stylu MCU.
Symbiontowa czarna wdowa – pomysł kontrowersyjny
Największy „szok numeru” to bez wątpienia ujawnienie, że Natasha posiada własnego symbionta. Na papierze brzmi to efektownie – połączenie agentki KGB z kosmicznym pasożytem mogłoby wprowadzić ciekawy dramat wewnętrzny, konflikt między człowieczeństwem a obcą mocą. Niestety, w praktyce pomysł ten działa tylko połowicznie.
Z jednej strony to nowa broń w arsenale Natashy, z drugiej decyzja, która podcina fundamenty jej postaci. To, co zawsze czyniło Black Widow fascynującą, to fakt, że była tylko (i aż) człowiekiem bez supermocy, bez zbroi, bez boskiej siły. Bohaterką, która stawała naprzeciw bogom i potworom z samą inteligencją, umiejętnościami i stalową wolą.
Symbiont odbiera jej tę wyjątkowość.
Co gorsza, komiks sam zdaje się nie do końca wiedzieć, co z tym zrobić. Nie widzimy żadnej reakcji zespołu na ten wątek, żadnej konfrontacji a przecież scena, w której Bucky odkrywałby „obcego” u Natashy, mogłaby być emocjonalnym punktem kulminacyjnym całego numeru.
Król z papieru – Kingpin i reszta świata
Wilson Fisk, czyli Kingpin, zawsze był jednym z tych złoczyńców, których obecność podnosi stawkę. Niestety, tutaj jego rola jest rozczarowująca.
Choć w dialogach widać znajomość historii (Kingpin rozpoznaje Buckiego, ale najwyraźniej nie wie, że kobieta obok to Black Widow), jego wątek kończy się zaskakująco szybko i mało efektownie.
Z drugiej strony, wprowadzenie go jako „Białego Króla” to ciekawy detal, który zapewne odegra większą rolę w przyszłych zeszytach. Problem w tym, że cała scena z „bale złoczyńców” jest nieco absurdalna. Trudno uwierzyć, że Bucky, Natasha i Yelena mogą ot tak pojawić się wśród przestępczej elity i nikt nie podnosi alarmu.
Choć komiks próbuje to uzasadnić reputacją trójki bohaterów, wygląda to raczej jak wymówka niż logiczny rozwój wydarzeń.
Lepsze tempo, lepsze dialogi, ale nadal bez iskry
Trzeba przyznać dialogi to wyraźny krok naprzód w stosunku do pierwszego numeru. Postaci wreszcie brzmią jak ludzie, a nie jak marketingowe slogany. Czuć osobowości, rytm i napięcie między bohaterami.
Z drugiej strony, sam scenariusz nadal kuleje. Fabuła jest prosta, przewidywalna, a misja – mimo efektownych scen akcji nie ma emocjonalnego ciężaru. Całość przypomina bardziej szkic do większej historii niż samodzielny, pełnowartościowy rozdział.
I choć Kelly i Lanzing mają talent do budowania dynamiki zespołu, nadal nie potrafią w pełni uwolnić się od filmowej kalki MCU. Widać to zarówno w tonie, jak i w tym, że dobór postaci jest wyraźnie podporządkowany filmowym planom Marvela.
Czego naprawdę brakuje tej serii
Thunderbolts #2 ma potencjał ale wciąż nie znajduje własnego głosu.
Brakuje tu odwagi, którą Kelly i Lanzing pokazali w „Sentinel of Liberty” przy wątku Outer Circle. Tam czuliśmy świeżość, tajemnicę i rozmach. Tu mamy bezpieczną, marketingową przygodę, której ambicje kończą się na poziomie MCU-prequela.
To boli, bo chemia między postaciami, szczególnie duetem Natashy i Yeleny, aż prosi się o serię z większą wolnością twórczą coś w duchu Black Widow Thomspon i Casagrande.
Podsumowanie
Thunderbolts #2 to krok w dobrym kierunku, choć nie bez potknięć. Dialogi są lepsze, relacje między postaciami ciekawsze, ale fabuła wciąż pozostaje płaska, a oprawa wizualna – nierówna. To komiks, który widać, że może być czymś więcej, ale ciągle nie dostaje na to przestrzeni.
To wciąż rozrywka na solidnym poziomie przyjemna, chwilami ekscytująca, ale zbyt kontrolowana, by zachwycać.
Plusy:
+Świetna dynamika między Bucky’m, Natashą i Yeleną+Lepsze dialogi niż w pierwszym numerze
+Interesujący pomysł z symbiontem (choć kontrowersyjny)
+Kilka dobrze napisanych scen emocjonalnych
+Klimatyczna obecność Kingpina
Minusy:
-Spadek jakości rysunków-Zbyt filmowa struktura i kalkowanie MCU
-Niewiarygodne założenie z „balem złoczyńców”
-Zmiana tożsamości Natashy osłabia jej unikalność
-Fabuła wciąż płaska i przewidywalna

