Recenzja Komiksu: The Amazing Spider-Man #15 – Kosmiczny „Slop”, czyli Pająk w potrzasku przeciętności
Kiedy Joe Kelly ogłosił swój „kosmiczny arc” w ramach The Amazing Spider-Man, fani byli podzieleni. Z jednej strony obiecywano nam powiew świeżości i epicką skalę, z drugiej – obawiano się, że Peter Parker straci swój ziemski, „sąsiedzki” urok. Po lekturze piętnastego numeru serii, z przykrością muszę stwierdzić, że najgorsze obawy zaczynają się ziszczać. To komiks, który mimo świetnej oprawy wizualnej, tonie w bagnie wątpliwych decyzji scenariuszowych i dialogów, które brzmią, jakby pisał je bot trenowany na TikToku z 2021 roku.
Lidlowska wersja Venoma
Głównym motywem numeru jest „odkrycie” natury nowego kostiumu Petera – technarachnida. Okazuje się, że to żywa, czująca istota. Brzmi znajomo? Powinno. To w zasadzie „Venom z wyprzedaży” (czy, jak kto woli, wersja z Best Buy). Choć pomysł, by Peter podszedł do nowej więzi z większym współczuciem niż niegdyś do symbionta, jest teoretycznie ciekawy i pokazuje ewolucję bohatera, w praktyce wypada blado. Całość podana jest w sposób tak łopatologiczny, że aż boli. To kolejna kalka z przeszłości, która nie wnosi niczego nowego do mitologii postaci, poza nowym imieniem dla stroju – Glitch.
Kosmiczne zapychacze i żenujący humor
Fabuła kręci się wokół długu Rocket Racoona, który sprowadza ekipę na obcą planetę. Efekt? Peter musi walczyć na arenie w gladiatorskim pojedynku. Serio? Czy w 2026 roku nie stać nas na nic bardziej kreatywnego niż „bohater walczy na arenie dla obcych”? Cały ten wątek sprawia wrażenie nudnego zapychacza, który odciąga nas od głównej osi fabularnej.
Jednak to, co najbardziej rzuca się w oczy (i uszy), to dialogi. Joe Kelly najwyraźniej bardzo chce być „na czasie”, ale efekt jest odwrotny do zamierzonego. Kiedy Spider-Man – ikona popkultury, dorosły mężczyzna – rzuca tekstami o „simpowaniu” czy „T-posingu”, czytelnik ma ochotę zamknąć zeszyt i udawać, że to się nie wydarzyło. To humor, który zestarzał się w momencie pisania scenariusza. Peter Parker zawsze sypał żartami, ale tutaj brzmi po prostu jak smutny dorosły, który rozpaczliwie próbuje przypodobać się nastolatkom.
Peter Parker: Seryjny uwodziciel z brakiem higieny snu?
Na osobny akapit zasługuje końcówka numeru i nagły, kompletnie nieuzasadniony romans z Raellith. To prawdopodobnie najszybciej i najgorzej poprowadzony wątek miłosny w historii ASM. Raellith nie ma żadnej osobowości poza byciem „kosmiczną wojowniczką”, a ich relacja pojawia się znikąd. Dlaczego ma nas to obchodzić? Peter nie jest Mattem Murdockiem, a robienie z niego na siłę playboya, który zalicza kolejne „przygody” w kosmosie, tylko niszczy tę postać. Na ostatniej stronie zamiast „badassa”, widzimy emocjonalnego nieudacznika, który nie potrafi zbudować trwałej relacji.
A propos realizmu – scena, w której Peter śpi w samych majtkach bez żadnego prześcieradła czy koca... Kelly, co to ma być? To poziom psychopatycznego zachowania, który dziwi nawet w komiksie o superbohaterach.
Czy to w ogóle ma znaczenie?
Największym problemem The Amazing Spider-Man #15 jest jednak poczucie braku wagi opowiadanej historii. Wszyscy wiemy, jak to się skończy: Peter wróci na Ziemię, zapomni o Glitchu, zapomni o Raellith, a cały ten kosmiczny arc zostanie uznany za niebyły. To narracyjne „slop” – pasza dla czytelnika, która ma tylko wypełnić kalendarz wydawniczy.
Nawet jedyny jasny punkt fabularny – wyjaśnienie, że Peter zostaje w kosmosie, bo Hellgate grozi zniszczeniem Ziemi, jeśli ten wróci – wydaje się naciągane. Cała motywacja „muszę stać się silniejszy” brzmi jak wyjęta z kiepskiego anime typu Shonen, co gryzie się z tradycyjnym podejściem do Spider-Mana.
Oprawa wizualna ratuje honor
Gdyby nie Emilio Laiso, ten numer byłby nieczytelny. Choć brak Pepe Larraza jest odczuwalny, Laiso dowozi świetne plansze. Jego projekty obcych są kreatywne, a dynamika walki na arenie – mimo że sam wątek jest nudny – wygląda imponująco. Hołd dla smoczych kul w scenie rozciągania się Petera przed walką był faktycznie „chef’s kiss”. To jedyny moment, w którym humor Kelly’ego zadziałał wizualnie.
Werdykt
The Amazing Spider-Man #15 to komiksowy odpowiednik fast foodu, który stał za długo na słońcu. Choć ładnie podany, zostawia po sobie fatalny posmak. Joe Kelly serwuje nam wtórne pomysły, tragiczne dialogi i bohatera, który coraz bardziej przypomina parodię samego siebie. Pora wrócić na Ziemię, bo w kosmosie nikt nie usłyszy jęku zażenowania fanów.
PLUSY:
+Świetna warstwa wizualna: Emilio Laiso godnie zastępuje Larraza.+Dynamika akcji: Sceny walki są płynne i dobrze rozplanowane.
+Wyjaśnienie Hellgate’a: W końcu wiemy, dlaczego Peter nie wraca na Ziemię (choć powód jest mocno pretekstowy).
MINUSY:
-Fatalne dialogi: Żarty o „simpowaniu” i „T-pose” są nie do zniesienia.-Wtórność: Glitch to po prostu uboższa wersja symbionta.
-Ruszony romans: Relacja z Raellith jest kompletnie bezcelowa i płytka.
-Brak stawki: Poczucie, że ta historia nie będzie miała żadnego wpływu na przyszłość Petera.
-Charakterystyka bohatera: Peter momentami zachowuje się jak nieodpowiedzialny dzieciak lub emocjonalny „loser”.


